— Kochanie, jesteś zajęty? — zapytałam, obserwując, jak Lucas przytula brunetkę w kawiarni.

 

*


— Tak, w biurze, sprawdzam raporty.

Wybierałam numer automatycznie. Z nerwów ledwo trafiałam w przyciski. A on tam, za szklaną witryną kawiarni… obejmował ją. Brunetkę w czerwonej sukience. Sophie. Nie znałam jeszcze jej imienia, ale już nienawidziłam tego koloru na niej. Trzymał ją tak, jak mnie nie trzymał od… ilu? Roku? Dwóch?

— Gdzie jesteś?
— Jak to gdzie? W biurze, oczywiście — głos spokojny, codzienny. — Zawalony projektami. Chyba posiedzę do jedenastej.

Za jego plecami śmiała się. Odchyliła głowę, a włosy rozsypały się po ramionach. A on patrzył na nią… Jak on na nią patrzył. Tak kiedyś patrzył na mnie, Clarę.

— Jasne — rozłączyłam się.

Kelnerka przyniosła im wino. Czerwone. Lucas nie pije czerwonego. Zawsze mówił, że boli go po nim głowa. A teraz podnosił kieliszek i się uśmiechał. Uśmiechał się szczerze. Nie tym zmęczonym uśmiechem, który dostawałam wieczorami ja.

Stałam na zewnątrz. Patrzyłam. I po raz pierwszy od dziesięciu lat małżeństwa nie wiedziałam, co zrobić.

Wejść tam? Zrobić scenę? Rozbić ten przeklęty kieliszek o jego zadowoloną twarz? A może…

Po prostu odejść?

Zaczęło padać.

*

Do domu wróciłam o wpół do dziewiątej. Przemoczona, zmarznięta. Usiadłam w kuchni, włączyłam czajnik. Wyłączyłam. Nalałam sobie jego whisky. Wypiłam jednym haustem, zakrztusiłam się.

W głowie kręciło się jedno: ile? Ile razy mnie okłamywał, mówiąc o biurze, projektach, spotkaniach? Ile razy gotowałam kolację, czekałam, wierzyłam w te cholerne wiadomości: „Spóźnię się, nie czekaj”.

A ja już nawet się przyzwyczaiłam. Kładłam się spać w pustym łóżku, budziłam się sama, parzyłam kawę… dla siebie. Bo on już wyszedł. Wcześnie. Znowu na ważne spotkanie…

Jak bardzo zmęczyło mnie wierzenie.

Whisky paliła gardło, ale nalałam jeszcze. Spojrzałam na telefon. Może napisać? Powiedzieć, że wiem? Że widziałam?

Nie.

Nad ranem wrócił. Nie spałam. Siedziałam w salonie, patrząc w okno na świt.

— Czemu nie śpisz? — wyglądał na winnego. Zmiętego. Pachniał cudzymi perfumami. Nie moimi.

— Nie chce mi się spać — nawet się nie odwróciłam. — Kawy chcesz?
— Nie, pośpię jeszcze parę godzin.

Przeszedł obok. Nawet się nie zatrzymał. Kiedyś zawsze całował mnie w czubek głowy. Nawet gdy był zły albo zmęczony — zawsze.

Teraz — minął mnie. Jak mebel.

Dopiłam herbatę i pomyślałam: kiedy stałam się meblem w tym domu? Kanapą, na której wygodnie usiąść? Lodówką, w której zawsze jest jedzenie? Pralką, która sama da sobie radę? Kiedy?!

Przez kolejne trzy dni grałam rolę. Idealnej żony, która nic nie wie. Robiłam śniadania. Uśmiechałam się. Pytałam, jak w pracy.

A on opowiadał. O projektach, spotkaniach, nowym kliencie z Lyonu… Kłamał lekko. Bez zawahania. Jakby trenował to przez dziesięć lat. Jakby całe nasze życie było tylko próbą generalną.

I zrozumiałam: jego już przy mnie nie ma. Od dawna. Fizycznie — tak, leży obok. Ale naprawdę?

Nie ma go.

W czwartek wieczorem otworzyłam jego laptop. Znałam hasło — data naszego ślubu. Ironia, prawda?

Korespondencja z nią była… Były tam obietnice. Plany na przyszłość. „Wkrótce wszystko załatwię”, „Jeszcze trochę wytrzymaj”, „Na pewno jej powiem”.

Na pewno powie. Mnie.

Swojej żonie. Że odchodzi.

Zamknęłam laptop. I… nie rozpłakałam się. Nie. Wcale. Łzy się skończyły. Albo zamarzły gdzieś w środku.

Zamiast nich przyszła jasność.

Zimna. Ostra. Jak chirurgiczny skalpel.

*

Poranek zaczął się ciszą. Nie tą domową, przyjemną, ale gęstą, ciężką — jak na szpitalnym korytarzu przed złymi wiadomościami. Lucas spał. Spokojnie. Równo. Człowiek, który ma wszystko pod kontrolą. Nawet cudze życie.

Zaparzyłam kawę. Prawdziwą, mocną — nie taką, jaką on lubił „lżejszą”. Usiadłam naprzeciwko, gdy w końcu wyszedł z sypialni, potargany, w pogniecionej koszulce, z miną człowieka przekonanego, że ten dzień będzie taki jak wszystkie inne.

— Wcześnie wstałaś — powiedział, przeciągając się. — Zwykle o tej porze jeszcze…

— Wiem — przerwałam mu. Głos był spokojny. Zbyt spokojny. — Usiądź.

Zaniepokoił się. Mężczyźni zawsze czują, kiedy grunt pod nogami zaczyna się kruszyć.

— Coś się stało?
— Tak. W końcu.

Usiadł. Wziął filiżankę. Łyk. Skrzywił się.
— Kupiłaś inną kawę?

Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy od dawna — naprawdę.
— Nie, Lucas. Po prostu przestałam się dla ciebie starać.

Zamarł. Spojrzał uważnie. Analizująco. Jak projekt, w którym coś poszło nie tak.

— Clara, jeśli jesteś zmęczona, porozmawiajmy później. Dziś mam ważne spotkanie…
— Z Sophie? — zapytałam spokojnie.

*

Filiżanka zadźwięczała o spodek. Zbladł. Nie zaprzeczył. Nawet nie spróbował.

— Czytałaś moje wiadomości?
— Nie. Widziałam, jak kłamiesz mi w oczy. To wystarczyło.

Oparł się o oparcie krzesła. Potarł skronie.
— Miałem zamiar powiedzieć. Naprawdę. Tylko moment był nieodpowiedni.

— Wiesz, co jest najgorsze? — spojrzałam mu prosto w oczy. — Wierzę ci. Naprawdę miałeś zamiar. Nie dlatego, że jesteś uczciwy. Tylko dlatego, że tak było ci wygodnie.

Milczał

— Przywykłeś, że jestem obok. Że poczekam. Wytrzymam. Zrozumiem. Zawsze rozumiałam, prawda?

— Clara…
— Nie. Teraz ty posłuchaj. — Wstałam. — Przez dziesięć lat byłam twoją żoną. Nie cieniem. Nie meblem. Nie tłem dla twojego prawdziwego życia. I nie zamierzam robić scen. Nie dziś.

Położyłam na stole kopertę.
— Tu są dokumenty. Złożyłam pozew o rozwód wczoraj wieczorem. I tak, rozmawiałam już z adwokatem. Bardzo dobrym.

Wstał gwałtownie.
— Nie możesz tak po prostu zdecydować za nas!

— Mogę — powiedziałam cicho. — Bo „nas” już nie ma. Ty zdecydowałeś o tym wcześniej. Po prostu zapomniałeś mnie poinformować.

Patrzył na mnie jak na obcą. I chyba po raz pierwszy widział prawdziwą mnie.

— Wyprowadzę się dziś — dodałam. — Rzeczy zabiorę później. Nie martw się, nie wezmę niczego zbędnego. Tylko swoją godność.

*

Założyłam płaszcz. Wzięłam torebkę.
— A tak przy okazji — odwróciłam się w drzwiach — czerwone wino jednak ci pasuje. Widocznie po prostu piłeś je nie z tą osobą.

Drzwi zamknęły się cicho. Bez trzasku. Bez dramatu.

Na zewnątrz było słonecznie. Po deszczu. Wzięłam głęboki oddech — i po raz pierwszy od lat powietrze nie bolało w piersi.

Szłam przed siebie. Powoli. Pewnie. Bez oglądania się.

Bo czasem koniec historii to nie ból.
To wolność.