— Gretę, — odpowiedziała cicho Anna, gładząc brzuch. — Nazwiemy ją Gretą.
— Greta… — przeciągnęła teściowa, krzywiąc się z niezadowoleniem. — No, chociaż imię porządne. Ale jaki z niej pożytek? Komu ona będzie potrzebna, twoja Greta?
Laurent siedział obok, wpatrzony w telefon. Gdy Anna zapytała go o zdanie, wzruszył ramionami:
— Jak jest, tak jest. Może następnym razem będzie chłopiec.
Anna poczuła, jak coś w niej się zaciska. Następnym razem? A to dziecko co — próba generalna?
Greta przyszła na świat w styczniu — maleńka, o wielkich oczach i gęstych ciemnych włoskach. Laurent pojawił się tylko na wypisie ze szpitala, przyniósł bukiet goździków i torbę z dziecięcymi ubrankami.
— Ładna, — powiedział, ostrożnie zaglądając do wózka. — Podobna do ciebie.
— Ale nos ma twój, — uśmiechnęła się Anna. — I ten uparty podbródek.
— Daj spokój, — machnął ręką Laurent. — Wszystkie niemowlaki są takie same.
Marzena przywitała ich w domu z kwaśną miną.
— Sąsiadka pytała, czy wnuk czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać, — mruknęła. — W moim wieku bawić się lalkami…
Anna zamknęła się w pokoju dziecięcym i cicho zapłakała, tuląc córkę.
Laurent pracował coraz więcej. Brał dodatkowe zmiany, dorabiał, gdzie się dało. Mówił, że rodzina dużo kosztuje, szczególnie z małym dzieckiem. Wracał późno, zmęczony i milczący.
— Ona na ciebie czeka, — mówiła Anna, kiedy mąż przechodził obok pokoju dziecięcego, nawet nie zaglądając. — Greta ożywia się, kiedy słyszy twoje kroki.
— Jestem zmęczony, Ann. Jutro wcześnie wstaję.
— Ale nawet się z nią nie przywitałeś…
— Jest mała, nie zrozumie.
*
Ale Greta rozumiała. Anna widziała, jak dziewczynka odwraca główkę w stronę drzwi, kiedy słyszy kroki ojca. A potem długo patrzy w pustkę, kiedy kroki milkną.
Gdy Greta miała osiem miesięcy, zachorowała. Najpierw gorączka sięgnęła trzydziestu ośmiu stopni, potem trzydziestu dziewięciu. Lekarz z pogotowia uznał, że na razie wystarczą leki przeciwgorączkowe.
Rano temperatura skoczyła do czterdziestu.
— Laurent, wstawaj! — Anna potrząsała mężem. — Greta jest w bardzo złym stanie!
— Która godzina? — wymamrotał, mrużąc oczy.
— Siódma. Nie spałam całą noc. Musimy jechać do szpitala!
— Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Mam dziś ważną zmianę…
Anna patrzyła na niego jak na obcego.
— Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o pracy?!
— Przecież nie umiera! Dzieci często chorują.
Anna zamówiła taksówkę sama.
W szpitalu od razu skierowano Gretę na oddział zakaźny. Podejrzewano poważne zapalenie — potrzebna była punkcja lędźwiowa.
— Gdzie ojciec dziecka? — zapytał ordynator. — Potrzebujemy podpisów obojga rodziców.
— On… pracuje. Zaraz przyjedzie.
Anna dzwoniła do Laurenta cały dzień. Telefon był wyłączony.
O siódmej wieczorem w końcu odebrał:
— Ann, jestem w zajezdni, mam robotę…
— Laurent, Greta może mieć zapalenie opon mózgowych! Musisz podpisać zgodę na punkcję! Lekarze czekają!
— Co? Jaką punkcję? Nic nie rozumiem…
— Przyjedź! Natychmiast!
— Nie mogę, mam zmianę do jedenastej. A potem umówiłem się z chłopakami…
Anna przerwała połączenie bez słowa.
Podpisała zgodę sama — jako matka miała do tego prawo.
*
Punkcję wykonano w znieczuleniu ogólnym. Greta wyglądała na ogromnej szpitalnej leżance jak maleńka zabawka.
— Wyniki będą jutro, — powiedział lekarz. — Jeśli potwierdzi się zapalenie, czeka was długie leczenie. Co najmniej sześć tygodni w szpitalu.
Anna została na noc. Greta leżała pod kroplówką, blada, bez ruchu. Tylko jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w słabym rytmie.
Laurent pojawił się następnego dnia w południe, nieogolony, wyraźnie zawstydzony.
— No i jak… jak ona? — zapytał niepewnie, stojąc w progu.
— Źle, — odpowiedziała Anna. — Wyników jeszcze nie ma.
— A co jej robili? To… jak to się nazywa…
— Punkcję lędźwiową. Pobierali płyn z kręgosłupa.
Laurent pobladł.
— Bolało ją?
— Była pod narkozą.
Podszedł do łóżeczka. Greta spała, jej drobna rączka leżała na kołderce, do nadgarstka przyklejona była kaniula.
— Taka mała… — wyszeptał. — Nie wiedziałem…
Anna milczała.
Wyniki wyszły dobre — nie było zapalenia. Zwykła wirusowa infekcja z powikłaniami. Leczenie mogło odbywać się w domu.
— Mieliście szczęście, — powiedział ordynator. — Jeden–dwa dni zwłoki i byłoby znacznie gorzej.
W drodze do domu Laurent długo milczał. Dopiero przed blokiem zapytał szeptem:
— Ja… naprawdę jestem takim złym ojcem?
Anna poprawiła śpiącą córkę i spojrzała na niego…
*
Anna długo milczała. Greta spała na jej ramieniu, a Laurent patrzył na nią z mieszaniną strachu i poczucia winy.
— Nie jesteś zły, Laurent, — powiedziała wreszcie. — Ale… nieobecny. A to czasem gorsze.
Pochylił głowę, jakby przyjął cios.
— Ja nie wiem, jak być ojcem, Ann. — Jego głos drżał. — Mój ojciec zawsze był w pracy. Myślałem, że tak trzeba.
Anna westchnęła ciężko.
— Właśnie dlatego powinieneś wiedzieć, jak bardzo to rani.
W domu Marzena siedziała przy stole, ale tym razem nie narzekała. Zerknęła na Gretę i odpuściła sobie komentarz.
Anna ułożyła córkę w łóżeczku, a w progu pojawił się Laurent.
— Mogę wejść? — zapytał cicho.
Nie odpowiedziała, ale skinęła głową.
Podeszli razem do łóżeczka. Laurent musnął palcem drobną dłoń Grety. Dziewczynka poruszyła się lekko, jakby poznała dotyk ojca.
— Ona naprawdę… na mnie czeka? — zapytał drżącym głosem.
— Codziennie, — odparła Anna. — I codziennie się rozczarowuje.
Laurent usiadł na brzegu łóżka i zakrył twarz dłońmi.
— Wszystko zepsułem, prawda?
— Jeszcze nie. Ale jeśli nic nie zmienisz — wtedy tak.
*
Następne dni były trudne. Greta wciąż słaba, Anna wyczerpana. I nagle… Laurent zaczął wstawać pierwszy.
Mierzył gorączkę, nosił Gretę na rękach, karmił, mył butelki, dzwonił do lekarza, czytał o leczeniu wirusówek. Próbował, mylił się, uczył — ale był.
Pewnej nocy Greta zapłakała, a Laurent natychmiast ją podniósł. Zasnęła na jego ramieniu po minucie.
Anna patrzyła na to jak na cud.
— Idź spać, Ann, — powiedział spokojnie. — Dziś ja z nią zostanę.
Pierwszy raz od tygodni zasnęła bez lęku.
O świcie obudziła ją cisza. Laurent siedział w fotelu, z Gretą wtuloną w pierś. Oboje wyglądali spokojnie, jakby świat na chwilę przestał istnieć.
— Chyba zaczynam rozumieć, — powiedział cicho. — Jaka ona jest krucha. I jak bardzo potrzebuje, żeby ktoś po prostu był obok.
Anna poczuła, jak coś mięknie w jej sercu.
— Laurent… nie obiecuj niczego. Po prostu bądź.
— Będę.
Miesiąc później Greta już siadała i śmiała się głośno, jakby nadrabiała cały strach. Laurent nie odpuszczał — wracał punktualnie, zabierał córkę na spacery, nosił ją w nosidełku, opowiadał jej historyjki.
*
Nawet Marzena złagodniała.
— Wiesz… może przesadzałam. Dziewczynka to też rodzina, — mruknęła pewnego popołudnia.
Anna prawie się rozpłakała z ulgi.
Wieczorem, gdy Greta spała, Anna i Laurent stali na balkonie, otuleni jednym kocem. Z nieba cicho spadał śnieg.
— Ann… — Laurent ściszył głos. — Dziękuję, że mnie nie odsunęłaś. Choć miałabyś do tego prawo.
— Ja nie chciałam stracić rodziny. Chciałam ją odzyskać.
Objął ją mocniej — inaczej niż przedtem. Pewniej. Prawdziwiej.
I po raz pierwszy od bardzo dawna Anna poczuła, że wszystko może się ułożyć.