Po tym geście w salonie zapadła taka cisza, że było słychać tykanie zegara na ścianie.
*
— Marta, nie zapomniałaś o czekoladzie? Przecież Lukas ma alergię.
Przytrzymałam telefon ramieniem i dalej wałkowałam ciasto. Elisabeth Hoffmann dzwoniła już trzeci raz tego dnia.
— Elisabeth, nie używam czekolady w żadnym daniu.
— Ja tylko tak na wszelki wypadek. Różnie bywa. Sama wiesz, jaki on jest wrażliwy.
Wiem. Od dziesięciu lat wiem. I wiem też, że Lukas spokojnie je czekoladowe batoniki w samochodzie, kiedy myśli, że nie widzę.
— Wszystko uwzględniłam, proszę się nie martwić.
Odłożyłam telefon i spojrzałam na stół zastawiony produktami. Trzy rodzaje mięsa, ryba, cztery sałatki, przystawki, wypieki. Dwadzieścia osób. Dziesięć lat małżeństwa. Chciałam, żeby ten wieczór był idealny. Żeby Elisabeth w końcu przestała patrzeć na mnie jak na dziewczynę z taniego wynajmu, a zobaczyła we mnie godną żonę swojego syna.
Goście zaczęli schodzić się około siódmej. Założyłam nową sukienkę — granatową, prostą. Elisabeth nie lubiła krzykliwych strojów. Lukas objął mnie w talii.
— Pięknie wyglądasz. Naprawdę się postarałaś.
Stół wyglądał imponująco. Biały obrus, kryształowe kieliszki, świece. Richard Hoffmann nalał sobie prosecco i wzniósł toast.
— Za młodych! I za to, żeby kolejne dziesięć lat było jeszcze mocniejsze!
Wszyscy przytaknęli. Elisabeth siedziała obok męża, uśmiechała się, ale jej wzrok sunął po stole chłodnym, oceniającym spojrzeniem. Kolacja przebiegała spokojnie. Chwalono kaczkę, pytano o przepis na sałatkę. Zaczęłam się rozluźniać.
— Uwaga! — Elisabeth wstała z kieliszkiem w ręku. — Chciałabym wręczyć prezenty moim dziewczynkom.
Coś ścisnęło mnie w środku.
— Clara, córeczko — podała córce eleganckie, aksamitne pudełeczko. — To rodowy naszyjnik z szafirami. Należał do mojej babci. Noś go w zdrowiu.
Clara otworzyła pudełko, a goście westchnęli z zachwytu. Naszyjnik był przepiękny — ciemnoniebieskie kamienie w złotej oprawie, stara robota. Posypały się komplementy.
— A dla Marty — Elisabeth pochyliła się i wyjęła z torebki duże pudełko owinięte starą gazetą — też mam coś przygotowanego.
Wzięłam pudełko. Wszyscy patrzyli. Lukas pochylił się do przodu z uśmiechem. Rozwinęłam papier i podniosłam wieko.
W środku leżała książka. Stara, zniszczona, z pożółkłymi stronami i tłustymi plamami na okładce. „Kuchnia domowa”. Wydanie z lat siedemdziesiątych.
— To bardzo praktyczna rzecz — powiedziała Elisabeth z uśmiechem. — Do gospodarstwa. Myślę, że ci się przyda. Proste, zrozumiałe przepisy. Idealne na co dzień.
*
Zapadła cisza. Ktoś zakaszlał. Clara spuściła wzrok. Lukas otworzył usta, ale nic nie powiedział. A ja patrzyłam na tę książkę. Na plamy. Na wyblakłe litery. I na to, jak Elisabeth wręczyła mi ją przy wszystkich, obok rodowych szafirów. Żeby każdy zrozumiał: tu jest twoje miejsce, Marto. Kuchnia. Proste przepisy.
Wstałam powoli. Odłożyłam książkę na stół. Podeszłam do kuchenki i wyłączyłam wszystkie palniki. Główne danie — pieczona cielęcina — wciąż dochodziło w piekarniku. Wyłączyłam i jego. Otworzyłam szafkę, wyjęłam pojemniki i zaczęłam spokojnie pakować jedzenie ze stołu. Sałatki, przystawki, wędliny. Wszystko. Ruchy miałam pewne, bez pośpiechu.
— Marta, co ty robisz? — głos Lukasa się podniósł. — Przecież są goście!
Spojrzałam na niego.
— Odpowiedz mi, Lukas. Teraz. Przy wszystkich. Czy uważasz to, co zrobiła twoja matka, za normalne?
Spojrzał na nią, potem na mnie.
— No… to tylko książka. Mama chciała dobrze…
— Chciała dobrze — powtórzyłam, zamykając kolejny pojemnik. — Rodowy naszyjnik dla Clary i zniszczona książka dla mnie. Przy dwudziestu osobach. Na naszą rocznicę. To jest „dobrze”?
— Marto, przesadzasz — wtrąciła Elisabeth. — Naprawdę myślałam, że ci się spodoba. To użyteczna rzecz.
— Użyteczna — skinęłam głową. — Jasne. Clara dostaje biżuterię, bo jest córką. A ja dostaję przypomnienie, że moje miejsce jest przy kuchence. Od dziesięciu lat mi to pokazujesz.
Richard nagle odstawił kieliszek na stół. Huk był tak głośny, że wszyscy drgnęli.
— Elisabeth, dość.
— Słucham?
— Powiedziałem: dość — spojrzał na nią tak, jak nigdy wcześniej. — Od dziesięciu lat dręczysz tę kobietę. Milczałem, licząc, że zmądrzejesz. Ale nie potrafisz przestać.
— Richard, o czym ty mówisz?
— O tym, że nie potrafisz pogodzić się z tym, że syn dorósł i sam wybrał. Zawsze chciałaś kontrolować jego życie. A kiedy się nie udało, zaczęłaś upokarzać Martę przy każdej okazji.
Elisabeth pobladła.
— Jak możesz mówić takie rzeczy przy gościach?!
— A ty jak mogłaś wręczyć jej ten rupieć przy gościach? — odpowiedział ostro. — Myślałaś, że nikt nie zauważy? Wszyscy zauważyli. Milczą, bo im niezręcznie. Mnie nie jest. Mnie jest wstyd za ciebie.
Kilku gości wstało i zaczęło się niepewnie żegnać. Ja dalej pakowałam jedzenie. Clara patrzyła na mnie z poczuciem winy.
— Marto, weź ten naszyjnik. Proszę.
— Nie — pokręciłam głową. — Nie o to chodzi. Chodzi o szacunek.
Lukas stał pośrodku pokoju. Zatrzymałam się i spojrzałam mu w oczy.
— Nadal nie odpowiesz? Znowu będziesz milczał?
Zacisnął pięści. Zobaczyłam, jak coś w nim pęka.
— Mamo — zwrócił się do Elisabeth. — Przeproś Martę. Teraz.
— Co?! Ty naprawdę myślisz, że ja będę przepraszać…
*
Słowa, które w końcu padły
— Co?! Ty naprawdę myślisz, że ja będę przepraszać…
Elisabeth zaśmiała się krótko i nerwowo, jakby odpędzała absurdalny żart. Ale nikt jej nie poparł. Cisza była ciężka, dusząca.
— Tak — powiedział Lukas stanowczo. — Myślę całkiem poważnie.
Zrobił krok do przodu. Po raz pierwszy od dziesięciu lat zobaczyłam go nie między nami, lecz po mojej stronie.
— Upokorzyłaś moją żonę. Świadomie. Publicznie. I jeśli chcesz być częścią naszego życia, teraz ją przeprosisz.
— To ona nastawiła cię przeciwko mnie! — wybuchła Elisabeth, wskazując na mnie palcem. — Zawsze wiedziałam, że takie jak ona potrafią tylko niszczyć rodziny!
— Dość — powiedział ostro Richard.
Elisabeth odwróciła się do niego, jakby nie wierzyła, że nie stoi po jej stronie.
— Nawet ty?
— Właśnie ja — odpowiedział spokojnie. — Widziałem to wszystko przez dziesięć lat. I wstyd mi, że na to pozwalałem.
Elisabeth zacisnęła usta. Spojrzała na mnie — nie było już w tym spojrzeniu wyższości, tylko złość i zagubienie.
— Przepraszam — rzuciła w końcu przez zęby. — Jeśli tak to odebrałaś.
Wzięłam powolny oddech.
— Nie — powiedziałam cicho, ale wyraźnie. — To nie są przeprosiny.
Drgnęła.
— Ja nie „tak to odebrałam”. Dokładnie to miałaś na myśli. I jeśli nie potrafisz powiedzieć „przepraszam” bez warunków i usprawiedliwień — lepiej nie mów nic.
Elisabeth chwyciła torebkę.
— Nie mamy tu już czego szukać.
— My? — zapytał Richard.
Pozostał na miejscu.
Elisabeth zamarła, po czym odwróciła się gwałtownie i wyszła. Drzwi trzasnęły tak, że zadrżały szyby.
Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.
— Marto — powiedziała cicho Clara. — Naprawdę mi przykro.
— Wiem — odpowiedziałam. I pierwszy raz było to szczere.
Goście wyszli szybko. Bez toastów, bez wymuszonych uśmiechów. Dom opustoszał. Zostaliśmy we troje — ja, Lukas i Richard.
Zamknęłam ostatni pojemnik i wstawiłam go do lodówki. Ręce zaczęły mi drżeć. Całe napięcie lat spadło naraz.
Lukas podszedł i objął mnie mocno. Naprawdę.
— Przepraszam — wyszeptał. — Za wszystko. Za milczenie. Za tchórzostwo.
Oparłam czoło o jego ramię.
— Nie potrzebuję słów — powiedziałam. — Potrzebuję czynów.
— Będą — odpowiedział bez wahania.
Richard wstał niezręcznie.
— Pojadę już — powiedział. — Ale wiedz, Marto… jesteś silną kobietą. I dziś miałaś rację.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, spojrzałam na kuchnię. Zgaszone świece. Pusty stół. I dziwne uczucie… nie straty, lecz ulgi.
Podeszłam do kuchenki, dotknęłam zimnej płyty i nagle się uśmiechnęłam.
— Wiesz — powiedziałam do Lukasa — to chyba był najlepszy prezent na dziesięć lat.
Uśmiechnął się.
A stara książka została na stole — jedyna rzecz, którą następnego dnia bez żalu wyrzuciłam do kosza.