Klara przyjechała nad morze na tydzień — do małego mieszkania, które wcześniej sama zarezerwowała i opłaciła. Wreszcie chciała się wyspać i pobyć sama po roku, w którym planowała wyjazdy dla innych, a własny ciągle odkładała. Na ganku czekała na nią jednak starsza nieznajoma z dwiema walizkami: ogromną w kratę i niebieską, przewiązaną paskiem. Kobieta trzymała w ręku wydrukowane potwierdzenie z tym samym logo, które świeciło na ekranie telefonu Klary.

— Zarezerwowałam to mieszkanie już w marcu — oznajmiła nieznajoma i podała jej kartkę. — Wydrukowałam, bo nie ufam telefonowi. A już na pewno nie wnukowi, który go konfigurował.

Właściciel nie odpowiedział od razu. Kiedy w końcu oddzwonił, przyznał, że system w jakiś sposób przyjął dwie rezerwacje na te same terminy. Obiecał zwrócić pieniądze i znaleźć wyjście z sytuacji, ale w pobliżu nie było odpowiedniego lokum: sierpniowe ceny poszybowały w górę, a wolne pokoje kosztowały kilka razy więcej. Po dziewięciu godzinach w autobusie Klara nie potrzebowała rekompensaty — potrzebowała łóżka. Nieznajoma przedstawiła się jako Helen i powiedziała, że odkładała na ten wyjazd przez miesiąc, a widok na zalew z balkonu marzył jej się od wiosny. Żadna nie zamierzała ustąpić.

Pierwszym ustępstwem była jedna noc. Właściciel przestał odpowiadać, rozładował mu się telefon, a Helen zdążyła już wyjąć klucz ze skrytki. Zaproponowała, żeby przenocowały razem, zapewniając, że rano wszystko się wyjaśni. Klara się zgodziła nie dlatego, że uwierzyła w tę obietnicę, ale dlatego, że w takim upale i za takie pieniądze nie dało się znaleźć innego lokum. Helen otworzyła drzwi i weszła pierwsza, ciągnąc za sobą walizki. W kawalerce stało jedno szerokie łóżko przy oknie, rozkładana sofa i ciasny aneks kuchenny z dwiema płytami grzewczymi.

Helen bez słowa postawiła walizkę w kratę na łóżku. „Na sofie tak mnie potem rozbolą plecy, że nie będę mogła się wyprostować. Jest pani młodsza, będzie pani łatwiej” — powiedziała, już rozpinając bagaż. Klara przypomniała jej, że zapłaciła za to mieszkanie na takich samych warunkach i też jest zmęczona podróżą. Helen odparła, że ona ma swoje lata, a Klara jest tylko zmęczona, po czym dodała, że właściciel sam powinien był wszystko sprawdzić. Na łóżku wylądowały jej kwiecista poduszka, cztery kapelusze i mała kawiarka, jakby kwestia tego, komu przypadnie łóżko, była już dawno rozstrzygnięta.

Klara mimo wszystko nie wszczęła kłótni pierwszego wieczoru. Ułożyła się na sofie, licząc przynajmniej na ciszę, ale około dziesiątej Helen włączyła radio. Najpierw mówiono tam o ogrodzie i warzywach, potem zaczęły lecieć stare piosenki. Klara poprosiła, żeby ściszyła — po nieprzespanej podróży musiała odpocząć. Helen tylko podgłośniła radio o jeden stopień i wyjaśniła, że od wielu lat zasypia przy radiu. „Nie mogę zmieniać wszystkiego, do czego się przyzwyczaiłam, z powodu jednej nocy” — powiedziała.

Rano Klarę obudził zapach mocnej kawy. Drzwi balkonowe były otwarte, na małym stoliku stały dwie filiżanki, a Helen wróciła z targu z brzoskwiniami, pomidorami, bryndzą i jeszcze ciepłym chlebem. Poszła tam wcześnie, żeby dostać najlepsze owoce w dobrej cenie, a potem spokojnie zajęła miejsce przy oknie. Klara podziękowała jej, ale kiedy chciała postawić swoją torbę na wolnym krześle, Helen poprosiła, żeby nie zastawiać przejścia: musiała rozłożyć zakupy i mieć wszystko pod ręką. Ze zwykłego wspólnego śniadania niepostrzeżenie wynikła zasada, że aneksem kuchennym rządzi Helen, a Klara ma się dostosować.

W południe zadzwonił właściciel. Znalazł dla jednej z nich osobny pokój trzy ulice od morza — bez balkonu i wyraźnie dalej od plaży. Zaproponował, że odwiezie tam jedną z gości, ale Helen od razu powiedziała, że się nie przeprowadzi: wybrała to mieszkanie właśnie ze względu na zalew, a za nowe lokum nie zamierza płacić. Klara zapytała, dlaczego to Helen decyduje, która z nich zostanie, skoro obie mają potwierdzenia i obie zapłaciły. Tamta odpowiedziała, że Klarze łatwiej będzie znaleźć coś innego, a ona nie ma już ochoty znowu taszczyć walizek.

Klara zaproponowała, żeby przynajmniej ustaliły jasne zasady: na zmianę korzystać z łóżka i sofy, wyłączać radio na noc i nie zajmować wspólnych miejsc swoimi rzeczami bez zgody. Helen wysłuchała jej, ale zgodziła się tylko ściszyć radio — nie obiecała go wyłączać, a o łóżku powiedziała, że Klarze „i tak będzie łatwiej na sofie”. Wieczorem audycje o ogrodzie znów ustąpiły miejsca piosenkom. Klara wstała z sofy, podeszła do gniazdka i wyciągnęła wtyczkę radia. — Wyłącz radio i przestań rozporządzać mieszkaniem za nas obie: albo dzielimy się nim na równych zasadach, albo natychmiast żądam od właściciela, żeby zdecydował, która z nas tu zostanie — powiedziała ostro Klara, wyciągając wtyczkę radia z gniazdka…

Helen gwałtownie się podniosła i wyciągnęła rękę w stronę gniazdka, jakby chciała wszystko przywrócić na miejsce. Radio zachwiało się na krawędzi szafki, ale Klara zdążyła przytrzymać je dłonią.

— To moja rzecz — powiedziała Helen. — I nie pozwolę wyciągać z niej wtyczki.

— W takim razie proszę go nie włączać, dopóki nie ustalimy, jak obie mamy tu mieszkać.

Helen spojrzała na nią tak, jakby Klara celowo zepsuła jej wieczór. Potem wzięła telefon ze stołu i podała go Klarze.

— Proszę dzwonić do właściciela. Tylko niech pani nie opowiada, że siłą mnie tu przyprowadziłam.

— Powiem, że obie zapłaciłyśmy za jedno mieszkanie, a na razie tylko pani może z niego korzystać na własnych zasadach.

Helen prychnęła, ale nie podjęła sporu. Klara wybrała numer i włączyła głośnik. Właściciel odebrał po kilku sygnałach. W tle słychać było uliczny hałas. Szybko przeprosił i zapytał, co się stało.

Klara krótko opisała całą sytuację: łóżko, sofa, radio, kuchnia. Helen przerwała jej, gdy wspomniała o łóżku.

— Nie zamierzam spać na tej sofie. Po niej bolą mnie plecy.

— Mnie po niej też bolą plecy — odpowiedziała Klara. — Tyle że jestem młodsza i najwyraźniej dlatego mam po cichu znosić wszystko.

Właściciel poprosił, żeby nie mówiły jednocześnie. Potwierdził, że obie rezerwacje są prawdziwe i że otrzymał pieniądze od obu kobiet. Osobny pokój, o którym wspominał po południu, wciąż był wolny. Znajdował się trzy ulice od morza, nie miał balkonu i był mniej wygodny niż to mieszkanie. Na razie nie znalazł innej możliwości.

— Jedna z pań będzie musiała się tam przenieść — powiedział. — Rozumiem, że to mój błąd. Nie trzeba będzie dopłacać za pokój. Zachowam tę samą cenę, którą miały panie w rezerwacji, a jeśli pokój okaże się tańszy, zwrócę osobno różnicę. Mogę dziś odwieźć jedną z pań.

— Zostaję tutaj — powiedziała od razu Helen.

— Jeszcze nie zdecydowałam — odpowiedziała Klara.

Helen położyła telefon na stole, nie rozłączając się.

— Znowu wszystko pani komplikuje. Przynajmniej ma pani wybór. Przyjechałam sama, z dwiema walizkami, i nie mam ochoty znowu ich taszczyć.

— Ja też przyjechałam sama. I sama przyniosłam swoje rzeczy pod te drzwi.

— Ale może pani znaleźć inny pokój.

— Mogę. Za cenę, na którą nie mam pieniędzy — powiedziała Klara. — Nie będę płacić drugi raz za błąd właściciela.

Właściciel potwierdził, że żadnej dopłaty nie będzie, i zaproponował, że wyśle adres pokoju w wiadomości. Nie zdecydował, która z nich ma ustąpić, a Klara nie poprosiła go, by wyznaczył zwyciężczynię. Zażądała tylko pisemnego potwierdzenia warunków: do końca tygodnia przeniesie się do osobnego pokoju, cena dla niej się nie zmieni, a pozostała kwota zostanie zwrócona po wyjeździe. Właściciel się zgodził i wysłał wiadomość, gdy obie wciąż stały przy stole.

— Czyli zostaję tutaj — powiedziała Helen, gdy rozmowa dobiegła końca. — A pani wyjeżdża.

— Tak.

— Bardzo wygodnie. Oświadczyła pani, że nic pani nie odpowiada, a teraz zostawia mi to mieszkanie i bierze osobny pokój.

— Nie zostawiam go pani. Właściciel naprawia swój błąd, a ja wybieram miejsce, w którym będę mogła spać. Pani też mogła wziąć ten pokój.

Helen odwróciła wzrok w stronę balkonu. Za oknami zapadał już zmrok, a nad dachami ledwie majaczył pasek wody. Wyraźnie chciała coś odpowiedzieć, ale nie znalazła odpowiednich słów. Klara otworzyła torbę i zaczęła pakować rzeczy. Nie zbierała każdej drobnostki z ostentacyjnym hałasem ani nie trzaskała drzwiczkami szafek. Po prostu odkładała ubrania, ładowarkę, książkę i krem tam, skąd rano je wyjęła.

— Nie wyrzucałam pani — powiedziała Helen, gdy Klara zapięła torbę.

— Wiem. Po prostu uznała pani, że to ja powinnam ustąpić.

Na korytarzu rozległy się kroki właściciela. Przyszedł osobiście, tak jak obiecał, i pomógł zanieść bagaż do samochodu. Helen wyszła na balkon, kiedy schodzili na dół. Klara nie liczyła na to, że tamta zawoła ją z powrotem, i nie odwróciła się w stronę okna.

Pokój okazał się mały, ale czysty. Z okna było widać podwórze, na którym suszyło się pranie, oraz wierzchołki drzew za niskim ogrodzeniem. Gospodyni pokazała, gdzie leżą zapasowe ręczniki, wyjaśniła, jak zamykać okiennice, i wręczyła Klarze klucz. Klara sprawdziła zamek, postawiła torbę przy łóżku i po raz pierwszy od dwóch dni sama zdecydowała, gdzie położyć swoje rzeczy.

Rano obudziła się bez radia. W pokoju panowała cisza, tylko za oknem ktoś przesuwał plastikowe krzesła. Klara długo nie wstawała, a potem poszła sama nad morze. Nie planowała trasy ani nie sprawdzała, gdzie jest najbliższy sklep. Po prostu szła tam, gdzie ulica opadała w stronę wody.

W drodze powrotnej zobaczyła Helen przy małym sklepie. W jednej ręce trzymała torbę z pomidorami, a w drugiej telefon z otwartą mapą.

— Znowu prowadzi mnie do płotu — powiedziała na powitanie. — Tu powinno być przejście na plażę.

Klara spojrzała na ekran i wskazała sąsiednią uliczkę.

— Nie według mapy. Proszę iść do niebieskiej furtki, a potem zejść po schodkach. Jest tam ścieżka.

— Wybiera się pani tam?

— Po śniadaniu.

Helen zawahała się, a potem zapytała, czy może pójść z nią. Klara odparła, że może. Prawie całą drogę na plażę przeszły w milczeniu. Na schodkach Helen zatrzymała się, żeby odpocząć, a Klara jej nie poganiała ani nie proponowała, że poniesie torbę. Na wąskiej ścieżce Helen sama poprosiła, żeby poczekać, aż poprawi pasek sandała.

Przez pierwsze dni spotykały się tylko nad morzem albo w kawiarni. Każda płaciła za siebie i żadna nie zajmowała cudzych krzeseł torbami. Helen nadal włączała radio u siebie, ale przestała mówić Klarze, o której ma iść spać. Klara nie wyszukiwała już za obie plaż i targów, jeśli nikt jej o to nie prosił. Jeśli Helen nie radziła sobie z mapą, pytała, a Klara wskazywała drogę — kiedy miała na to ochotę.

Czwartego dnia Helen zaproponowała wspólny obiad. Przy stole długo opowiadała o siostrze, z którą przyjeżdżała tu wiele lat temu, i o tym, jak dziwnie było wybrać się w podróż samej. Potem nagle umilkła i zaczęła kroić pomidora na małe kawałki.

— Pierwszego wieczoru uznałam, że skoro jest pani młodsza, łatwiej będzie pani ustąpić — powiedziała. — Tak było wygodniej. Nie pomyślałam, że pani też przyjechała odpocząć.

Klara nie odpowiedziała, że to już przeszłość. Pamiętała i sofę, i radio, i to, jak Helen rozporządziła wspólną kuchnią. Usłyszała jednak w jej słowach nie usprawiedliwienie, lecz przyznanie, że wcześniej nie chciała dostrzec pewnych rzeczy.

— Chciałam, żeby mnie pani zapytała — powiedziała Klara.

Helen skinęła głową. Nie zaczęła się długo tłumaczyć. Zamówiła jeszcze wodę i zapytała, czy Klara ma ochotę na brzoskwinię. Klara się zgodziła.

Do końca tygodnia nie wróciły do wspólnego mieszkania. Helen została tam, Klara — w swoim pokoju. Czasem jadły razem śniadanie, a czasem każda szła załatwiać własne sprawy. Przed wyjazdem Helen zapukała do Klary i oddała jej książkę, którą zostawiła na plaży.

— Dziękuję, że pokazała mi pani drogę — powiedziała. — I że nie zdecydowała pani za mnie, dokąd mam jechać.

Klara schowała książkę do torby. Następnego ranka poszły razem nad morze, ale każda niosła własną torbę i sama decydowała, kiedy się zatrzymać.