Wiedziałem, że nie postępuję fair. To wszystko nie miało nic wspólnego z miłością czy relacją — chciałem po prostu oddać cios.
Całe życie robiłem, co chciałem. Bez hamulców. Imprezy, sportowe auta, egzotyczne wyspy. Pieniądze zawsze były, a przecież kiedyś cała rodzina miała przekazać firmę właśnie mnie.
Ale pewnego dnia rodzice posadzili mnie do stołu na „poważną rozmowę”.
— Słuchaj, Loren, — zaczął ojciec, pochylając się do przodu jak przed podpisaniem umowy, — uważamy z mamą, że pora dorosnąć.
— Dorosnąć? — powtórzyłem z drwiącym uśmiechem. — Masz na myśli — ożenić się?
— Dokładnie, — skinął stanowczo, nie spuszczając ze mnie wzroku. — Masz prawie trzydzieści lat. Chcesz kiedyś prowadzić firmę? Pokaż, że potrafisz podejmować poważne decyzje. Żona, dom… Biznesu nie prowadzi się z kieliszkiem w dłoni i nową dziewczyną co tydzień.
Mama pokręciła głową z wyrzutem:
— Ojciec sam to wszystko zbudował, Loren. Nie oddamy dorobku człowiekowi, który traktuje życie jak niekończącą się grę.
W środku aż się we mnie gotowało. Chcą żony? Świetnie. Znajdę taką, że sami będą błagać, żebym zmienił zdanie. Udowodnię im, że nie mogą mnie kontrolować… i przedstawię im dziewczynę, która wysadzi ich świat w powietrze.
Tak poznałem Helenę.
*
Nie należała do tych kręgów, w których zazwyczaj dobierałem sobie towarzyszki. Ani modelka, ani bywalczyni imprez — zobaczyłem ją na skromnej akcji charytatywnej. Prosta sukienka, spięte włosy. Zero marek, zero pozy — tylko spokój i… autentyczność.
— Cześć — powiedziałem.
— Miło poznać, Loren, — odpowiedziała, lekko kiwając głową. Nawet na mnie nie spojrzała. Zero zachwytu — jakbym był przypadkowym przechodniem.
— Skąd jesteś, Heleno? — zapytałem.
— Małe miasteczko, — uśmiechnęła się delikatnie. — Nic specjalnego.
Idealnie.
— Heleno — przeszedłem do rzeczy. — Co myślisz o małżeństwie?
Uniosła brew.
— Słucham?
— Wiem, brzmi dziwnie, — uśmiechnąłem się lekko. — Ale pilnie potrzebuję żony. Mam swoje powody. Chociaż… będziesz musiała przejść kilka „prób”.
Spojrzała na mnie tym swoim półtajemniczym uśmiechem.
— Zabawne, — powiedziała. — Właśnie żartowałam ostatnio, że mogłabym wyjść za mąż.
— Naprawdę? Więc mamy umowę?
Przestudiowała moją twarz, po czym wzruszyła ramionami:
— W porządku, ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Nie pytasz o moją przeszłość. Jestem zwykłą dziewczyną z prowincji — i tyle. Pasuje ci to?
Parsknąłem.
— W stu procentach.
Kiedy przyprowadziłem Helenę do domu, rodzice byli w szoku. Mama prawie upuściła kieliszek na widok jej skromnej sukienki i powściągliwego zachowania.
*
— O… Helena, tak? — uśmiechnęła się sztucznie.
Ojciec zmarszczył brwi.
— Loren, to… trochę nie to, czego się spodziewaliśmy.
— Chcieliście, żebym się ustatkował, — uśmiechnąłem się szeroko. — Helena jest idealna. Spokojna, uczciwa, nie obchodzi jej cały ten blichtr.
Helena weszła w rolę perfekcyjnie. Uprzejme odpowiedzi, niepewne spojrzenia przy tematach biznesowych — rodzice mieli kłopot, żeby to przełknąć. Tylko że… zacząłem zauważać drobiazgi. Coś się w niej nie składało. Zbyt dobrze pasowała do mojego planu. A momentami widziałem na jej twarzy cień rozbawienia. Jakby wiedziała więcej, niż pokazywała.
— Naprawdę tego chcesz? — zapytała pewnego wieczoru.
— Jeszcze bardziej niż wcześniej, — zaśmiałem się. — Oni tracą głowę. Plan działa.
— Cieszę się, że pomagam, — szepnęła. Zbyt miękko. Jakby miała w tym własny cel.
I tak dotarliśmy do wielkiego balu charytatywnego. Rodzice zaszaleli: kryształ, srebro, politycy, biznes.
Helena weszła ze mną — znowu skromna, znowu „niepasująca” do reszty. Dokładnie to, czego chciałem.
— Pamiętaj, — nachyliłem się do niej. — Dziś ostatnia próba.
— Znam plan, — odparła spokojnie.
A potem wydarzyło się coś, czego nie przewidziałem.
Do nas podszedł mer miasta, promieniując uśmiechem:
— Helena! Kto by pomyślał! — ścisnął jej dłoń jak starej znajomej.
Rodzicom opadły szczęki. Ja zamarłem.
Mer zna Helenę?..
*
Moje serce zabiło tak mocno, że aż zabolało. Mer zna Helenę? I to tak… poufale?
Helena uśmiechnęła się miękko, pewnie. Już nie była „skromną prowincjuszką”. To był ktoś, kto czuje się jak ryba w wodzie wśród elit.
— Panie merze, miło pana widzieć — powiedziała tonem równym jego pozycji.
Zastygnąłem, a rodzice byli bladzi jak kreda.
Gdy mer odszedł, odwróciłem się do niej ostro.
— Helena. Wyjaśnij.
Nie próbowała kluczyć.
— Nie jestem zwykłą dziewczyną z prowincji, — powiedziała spokojnie. — Moja rodzina prowadzi fundację współpracującą z rządem. Dorastałam wśród takich ludzi. Znam mera od dziecka.
Mama aż przysiadła z wrażenia. Ojciec wyprostował się jak struna.
— Czyli przez cały ten czas… — zacząłem, ale przerwała.
— Tak. Udawałam. Tak samo jak ty.
W środku coś mi się skręciło.
— Po co? — zapytałem ostro.
Helena spojrzała prosto w oczy. Prawdziwie. Po raz pierwszy.
— Bo potrzebowałam męża, który nie będzie wtrącał się w sprawy mojej rodziny. Kogoś z wyższych sfer, ale… wystarczająco zajętego własnymi problemami, żeby nie zaglądał mi przez ramię. Chciałam zerwać współpracę z obecnym zarządem fundacji i stworzyć własny projekt. A status żony bardzo ułatwia rozmowy.
Odetchnęła głęboko.
— Ty byłeś idealny. Bogaty, zbuntowany, skupiony na wojnie z rodzicami. Wiedziałam, że nie będziesz mieć czasu pytać o moją przeszłość.
To było brutalnie szczere.
*
— Czyli oboje się wykorzystaliśmy? — prychnąłem.
Helena lekko skinęła głową.
— Tak. Ale… — przygryzła wargę. — To nie jest już takie proste.
— W jakim sensie?
— Zaskoczyłeś mnie, Loren. Pod tą całą pozą buntownika jest człowiek, który chce być wysłuchany. Który potrafi być dobry, jeśli przestanie walczyć z całym światem. Nie spodziewałam się, że będę… cenić cię bardziej, niż planowałam.
Zrobiło mi się gorąco, ciężko, dziwnie miękko jednocześnie.
— Ciekawe, — powiedziałem powoli. — Ja też myślałem, że jesteś idealną aktorką do roli „najgorszego wyboru”. A okazałaś się kimś, kto rozgrywa to lepiej niż ja.
Uśmiechnęła się lekko, szczerze.
— Oboje zaczęliśmy to dla własnych korzyści. Ale nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Ty jesteś pierwszą osobą, która nie próbuje mnie kontrolować. A ja… nigdy nie oczekiwałam od ciebie spełniania cudzych wymagań.
— I co teraz? — zapytałem cicho.
Jej uśmiech był ciepły, spokojny.
*
— Teraz możemy… przestać grać. Jeśli chcesz. I spróbować zbudować coś prawdziwego. Bez kłamstw. Bez masek. Potrzebuję partnera, nie narzędzia.
Wyciągnęła do mnie rękę.
Spojrzałem na nią i po raz pierwszy naprawdę poczułem, że tego chcę.
— Spróbujmy, — powiedziałem. — Tym razem na serio.
Helena zaczerpnęła tchu, jakby spadł z niej ogromny ciężar, i ścisnęła moją dłoń.
— To chodźmy stąd, — szepnęła. — Zanim twoi rodzice uznają, że zwariowaliśmy.
Przeszliśmy obok nich. Ojciec chrząknął i mruknął do mamy:
— Wygląda na to, że… znaleźli się.
A my wyszliśmy w chłodny wieczór, zostawiając za sobą grę pozorów.
I po raz pierwszy od dawna czułem, że nie spadam — tylko robię krok w stronę czegoś, co może być prawdziwym życiem.