Ostry, drażniący zapach środka dezynfekującego i krwi wciąż unosił się w powietrzu sali, jakby samo światło szpitalnych lamp było przesiąknięte bólem i zdradą. Sofia Montel przyciskała do piersi swojego nowo narodzonego syna, Marco; jego maleńkie serce biło równo i uparcie pod miękkim, białym kocykiem. Jej dłonie drżały — nie z wyczerpania po porodzie, lecz z czystego, ogłuszającego niedowierzania.
*
Bo naprzeciw jej łóżka, w dniu, który miał być najszczęśliwszym w jej życiu, stali ludzie, którzy zamienili go w koszmar: mąż Aleksander, jego rodzice — Madeleine i Henri — oraz jeszcze jedna kobieta. Clara.
Clara wyglądała tak, jakby zeszła z okładki luksusowego magazynu, a nie weszła na oddział położniczy. Jej karminowa sukienka lśniła w chłodnym świetle lamp, a uśmiech był perfekcyjnie wyćwiczony — słodki i jadowity. Na jej zadbanej dłoni błyszczała obrączka Sofii.
Głos Madeleine przeciął powietrze jak naostrzone ostrze.
— Podpisuj — rzuciła ostro, ciskając gruby kopertę z dokumentami prosto na kolana Sofii. — I tak zabrałaś naszej rodzinie zbyt wiele.
Aleksander milczał. Stał nieco z boku, jakby to wszystko go nie dotyczyło. Nie potrafił nawet podnieść na nią wzroku.
Sofia wpatrywała się w papiery rozwodowe, po czym spuściła wzrok na dziecko. Puls dudnił jej w uszach tak głośno, że zdawał się zagłuszać szpitalną aparaturę.
— Co… co to jest? — wyszeptała z trudem.
Usta Madeleine wykrzywiły się pogardliwie.
— Twoje wyzwolenie. Przed naszym synem byłaś nikim. Uwiązałaś go tym dzieckiem, ale teraz to koniec. Aleksander powinien być z Clarą.
Clara zrobiła krok naprzód, pewna siebie jak zwyciężczyni, unosząc dłoń.
— Już mnie wybrał — powiedziała słodko, demonstrując pierścionek. — Dał mi go w zeszłym tygodniu.
Potem odblokowała telefon — a zdjęcia pojawiły się jedno po drugim, jak ciosy prosto w serce.
Aleksander i Clara całują się w barze na dachu.
Spacerują po Florencji, trzymając się za ręce.
Leżą razem w łóżku, śmiejąc się do obiektywu.
Świat Sofii zawirował. Skóra stała się lodowata, a w uszach zadźwięczało, jakby spadała w pustkę.
Głęboki, ciężki głos Henriego zabrzmiał jak wyrok:
— Podpisuj. Weź pięćdziesiąt tysięcy dolarów i zniknij. Dziecko zostaje z nami.
Sofia instynktownie przytuliła Marco mocniej, oczy napełniły się łzami, ale żadna nie spadła.
— Nigdy nie zabierzecie mi syna — powiedziała drżącym, lecz zaskakująco twardym głosem.
Madeleine podeszła bliżej i wyciągnęła rękę w stronę dziecka, jakby już do niej należało.
— Nie! — krzyknęła Sofia, ściskając Marco tak mocno, że ten natychmiast zapłakał ze strachu.
W tej samej chwili drzwi sali otworzyły się z impetem i do środka wpadła ochrona szpitala, rozrywając duszną ciszę.
Sofia podniosła zapłakane oczy — i po raz pierwszy pojawił się w nich zimny, niebezpieczny błysk.
— Właśnie popełniliście największy błąd swojego życia — powiedziała cicho, a te słowa zabrzmiały groźniej niż jakikolwiek krzyk…
*
Ochroniarze stanęli między łóżkiem a rodziną Aleksandra, natychmiast zmieniając układ sił. W sali zrobiło się ciasno — nie od ludzi, lecz od napięcia, które ściskało pierś mocniej niż ból po porodzie.
— Proszę wszystkich postronnych o opuszczenie pomieszczenia — powiedział sucho starszy ochroniarz, rzucając szybkie spojrzenie na drżące niemowlę.
— To jakieś nieporozumienie — odcięła chłodno Madeleine. — Jesteśmy rodziną.
— Rodzina nie doprowadza kobiety po porodzie do histerii — odpowiedział ostro. — Zakłócacie proces medyczny.
Clara wyprostowała się gwałtownie, ściskając telefon w dłoni.
— Aleksander, powiedz im — syknęła. — Zrób wreszcie coś.
Aleksander w końcu podniósł wzrok. Przez krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały — i Sofia zobaczyła na jego twarzy nie władzę ani pewność siebie, lecz strach. Brudny, mały strach człowieka, który już zrozumiał, że zaszedł za daleko.
— Chodźmy… wyjdźmy — wymamrotał. — To nie jest dobry moment.
— Nie jest dobry moment?! — wybuchła Madeleine. — Pozwolisz jej—
— Dość — powiedział nagle głośno.
Słowo zawisło w powietrzu, oszołamiając wszystkich — łącznie z nim samym.
Ochrona wyprowadziła ich niemal siłą. Ostatnia wychodziła Clara. Przy samych drzwiach odwróciła się i rzuciła Sofii spojrzenie pełne nienawiści.
— Przegrałaś — wyszeptała. — To tylko odroczenie.
Drzwi się zamknęły.
Cisza spowiła salę, przerywana jedynie cichkim szlochem Marco. Sofia przycisnęła czoło do jego główki i zamknęła oczy. Dopiero gdy pielęgniarka delikatnie dotknęła jej ramienia, pozwoliła sobie na głębszy oddech.
— Jest pani bezpieczna — powiedziała łagodnie. — Wezwaliśmy już prawnika szpitala. I… — zawahała się — ktoś czeka na panią w holu. Nalegał.
— Kto? — zapytała cicho Sofia.
— Powiedział, że prosiła pani, by się z nim skontaktować, jeśli coś pójdzie nie tak. Pan Lorenzo Bianchi.
Sofia powoli się wyprostowała. Łzy wyschły tak nagle, jak się pojawiły. W jej spojrzeniu nie było już bezradności.
— Proszę go wpuścić.
*
Chwilę później do sali wszedł wysoki mężczyzna w eleganckim, ciemnym garniturze. Jego obecność natychmiast zmieniła atmosferę — spokojna, wyważona, władcza.
— Sofia — powiedział, lekko skłaniając głowę. — Już wszystko wiem. Dokumenty są gotowe. Banki powiadomione. Rada dyrektorów zbierze się dziś w nocy.
Pielęgniarka znieruchomiała. Sofia uśmiechnęła się łagodnie — po raz pierwszy tego dnia.
— Dobrze — odpowiedziała. — W takim razie zaczynajmy.
Tymczasem na korytarzu Madeleine nerwowo zapinała płaszcz.
— Ona jest nikim — rzuciła do syna. — Nie ma ani pieniędzy, ani wpływów. Wszystko załatwimy w sądzie.
Telefon Aleksandra zawibrował. Odruchowo spojrzał na ekran — i pobladł.
Konto zablokowane.
Wszystkie karty wstrzymane.
Dostęp do aktywów cofnięty.
— Mamo… — wyszeptał. — Mamy problem.
A w sali Sofia spojrzała na syna i powiedziała cicho:
— Urodziłeś się w dniu, w którym próbowali nas złamać. I w dniu, w którym stracili wszystko.