— Wszystko, mamo. Podpisała. Mieszkanie i samochód są moje. Kredyty — na nią.
Martin Keller mówił przez telefon tuż przy drzwiach sali sądowej, nawet nie próbując ściszyć głosu.
*
Elena Bauer stała trzy kroki od niego, ściskając teczkę z dokumentami tak mocno, że aż zbielały jej palce. Odwrócił się, zauważył ją i uśmiechnął się kpiąco, bez cienia skrępowania:
— Ty jeszcze tu jesteś? Idź, idź. Teraz musisz chodzić do pracy. Kredyty same się nie spłacą.
Nie odpowiedziała. Ani słowem. Po prostu odwróciła się i ruszyła długim sądowym korytarzem, nie oglądając się za siebie.
Martin odprowadził ją wzrokiem i natychmiast wrócił do rozmowy:
— Nie, nawet nie próbowała się kłócić. Mówiłem, że będzie po mojemu.
Elena wyszła z budynku sądu, wciągnęła zimne powietrze i bez wahania zatrzymała taksówkę. Dwadzieścia minut później wchodziła już do kawiarni „Bon Appétit”.
Przy oknie, dokładnie tak jak się umawiali, siedział notariusz — Johann Weber.
— Poradziła sobie pani — powiedział zamiast powitania i ostrożnie podał jej zapieczętowaną kopertę. — To od pani ojca. Przekazał mi ją przed odejściem… trzy lata temu. Prosił, by wręczyć ją dopiero po rozwodzie.
Elena wzięła kopertę, ale nawet nie próbowała jej otworzyć.
— Wiedział, że wszystko skończy się właśnie tak?
Johann ciężko skinął głową:
— Wiedział. I zostawił pani wszystko. Sieć piekarni „Sweet Crust”, siedemnaście lokali w całym kraju. Formalnie została pani właścicielką pół roku temu, ale nalegał, bym czekał dokładnie na ten dzień.
Notariusz wyjął drugą teczkę — grubą, ciężką, przewiązaną gumką.
— A to… dossier. Na pani byłego męża i jego matkę. Pani ojciec zbierał je prawie dwa lata. Jest tu wszystko. Przeczyta pani w domu i sama zdecyduje, co dalej.
Elena w milczeniu schowała kopertę i teczkę do torebki, skinęła głową i wyszła, nawet nie dotykając kawy.
W domu długo siedziała w ciszy, zanim w końcu otworzyła list. Pismo ojca było równe, pewne, boleśnie znajome.
„Elu, jeśli czytasz ten list, to znaczy, że jesteś wolna. Wybacz, że milczałem. Martin i jego matka szantażowali mnie — stara sprawa podatkowa. Grozili donosem, jeśli spróbuję cię ostrzec. Ale nie siedziałem z założonymi rękami. W teczce jest wszystko, czego potrzebujesz. Nie żegnaj się. Żyj.”
Serce biło jej tak mocno, że aż dzwoniło w uszach.
Otworzyła teczkę.
Wyciągi bankowe.
Zdjęcia Martina z Weroniką Hoffmann.
Wydruki korespondencji.
Przelewy pieniędzy — z jej kart kredytowych na konta firmy Martina, a stamtąd na prywatną kartę Weroniki.
Wynajem mieszkania. Drogie prezenty. Wspólne wyjazdy.
Elena długo patrzyła na liczby i twarze na zdjęciach. Bardzo długo.
A potem powoli wzięła telefon…
I powiedziała cicho:
— No dobrze, Martin. Teraz moja kolej.
*
Nie wybrała numeru od razu. Najpierw usiadła. Potem wstała. Potem znów usiadła, jakby ciało nie nadążało za tym, co już wiedziała głowa.
W końcu ekran telefonu rozjaśnił się, a sygnał połączenia zastąpił spokojny, męski głos:
— Policja finansowa, słucham.
— Nazywam się Elena Bauer — powiedziała równo. — Chcę złożyć zawiadomienie. O oszustwie. I nielegalnym wykorzystaniu środków kredytowych.
W słuchawce zapadła krótka cisza.
— Nazwisko podejrzanego?
Spojrzała na zdjęcie, na którym Martin uśmiechał się, obejmując Weronikę.
— Martin Keller. I jego matka. Mam dokumenty. Dużo dokumentów.
Trzy tygodnie później Martin siedział w swoim nowym, „wygranym” samochodzie i wpatrywał się w ekran laptopa. Liczby się nie zgadzały. Pieniądze znikały szybciej, niż zdążył je przerzucać między spółkami.
— Mamo, jesteś pewna, że wszystko jest czyste? — zapytał poirytowany przez telefon.
— Oczywiście. Sprawdzałam wszystko — ucięła Klara Keller. — Ta idiotka nawet nie zrozumiała, co podpisuje.
W tym momencie ktoś zapukał w szybę.
Martin podniósł głowę z irytacją — i zamarł.
Dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach, legitymacje w dłoniach.
— Pan Martin Keller? — zapytał spokojnie jeden z nich. — Zostaje pan zatrzymany w celu złożenia wyjaśnień. Proszę wysiąść z pojazdu.
— To jakaś pomyłka… — wykrztusił, ale ręce już mu drżały.
Elena siedziała w swoim gabinecie — przestronnym, jasnym, wypełnionym zapachem świeżych wypieków dochodzącym z produkcji na dole. Na drzwiach widniała tabliczka:
Elena Bauer, CEO Sweet Crust
Johann Weber położył przed nią ostatni dokument.
— Wszystko oficjalne. Konta zostały zamrożone. Majątek zabezpieczony. Samochód i mieszkanie — jako nabyte z nielegalnie pozyskanych środków.
Elena skinęła głową. Bez radości. Bez złości. Tylko cicha, głęboka ulga.
— A Weronika? — zapytała.
— Figuruje w sprawie jako współsprawczyni. Złożyła zeznania dobrowolnie. Przeciwko Martinowi.
Elena uśmiechnęła się po raz pierwszy od bardzo dawna.
— Oczywiście.
*
W areszcie Martin siedział naprzeciwko niej, blady, wychudzony, bez dawnego pewnego siebie uśmiechu.
— Wszystko zaplanowałaś — powiedział ochryple. — Wiedziałaś.
— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Po prostu przestałam być wygodna.
— Mogłaś to zostawić… — wyszeptał. — Rozeszlibyśmy się. Żyłabyś spokojnie.
Spojrzała mu prosto w oczy:
— Spokój to nie kłamstwa, kredyty i zdrada. Ty dokonałeś swojego wyboru. Ja — swojego.
Strażnik zapukał do drzwi. Czas minął.
Pół roku później zapadł wyrok.
Martin dostał karę bezwzględnego pozbawienia wolności. Jego matka — wyrok w zawieszeniu i całkowity zakaz działalności finansowej. Weronika zniknęła z kraju jeszcze przed ogłoszeniem decyzji sądu.
Elena stała przy oknie nowej, flagowej kawiarni „Sweet Crust” w centrum miasta. Kolejka ciągnęła się aż do rogu ulicy. Ludzie wychodzili uśmiechnięci, niosąc pudełka z ciepłymi wypiekami.
Telefon zawibrował. Wiadomość z nieznanego numeru:
„Gdybym wtedy wiedział, jak to się skończy…”
Przeczytała, nie odpowiedziała i usunęła czat.
Potem odwróciła się do zespołu i powiedziała spokojnie, pewnie — tak, jak mówi ktoś, komu już nic nie można odebrać:
— No dobrze. Pracujemy. Teraz — naprawdę.