Emilia wytarła ręce o fartuch i spojrzała na zegar. Dyżur skończył się pół godziny temu, ale ona wciąż uzupełniała dokumentację za koleżankę, która wyszła wcześniej. Na korytarzu szpitala pachniało chlorem i czymś kwaśnym. Kobieta przymknęła oczy, próbując uciszyć narastający ból głowy. Praca pielęgniarki w miejskim szpitalu od dawna nie dawała jej już satysfakcji. Nienormowany grafik, ciągłe zastępstwa, nocne dyżury. Ostatni urlop miała dwa lata temu — i to zaledwie tygodniowy.

— Emilio, ty jeszcze tu jesteś? — zajrzała do dyżurki oddziałowa. — Idź do domu, pewnie padłaś ze zmęczenia.

— Jeszcze tylko dokończę i idę — uśmiechnęła się blado Emilia.

Zeszła do szatni, przebrała się i wyszła na zewnątrz. Grudniowy wieczór przywitał ją przenikliwym wiatrem i mokrym śniegiem. Do domu miała około dwudziestu minut pieszo. Rodzina mieszkała w wynajmowanym dwupokojowym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Co miesiąc musieli oddawać właścicielce trzy tysiące złotych. Własnego lokum wciąż się nie dorobili.

W domu przywitał ją syn, Leon. Chłopiec siedział przy stole i rozwiązywał zadania z matematyki.

— Mamo, tata dzwonił. Powiedział, że się spóźni, bo jest na budowie — oznajmił dziewięcioletni chłopiec.

— Dobrze, kochanie. Odrobiłeś lekcje?

— Prawie. Został tylko polski.

Emilia weszła do kuchni i otworzyła lodówkę. Powinna przygotować kolację, ale nie miała na to siły. Wyjęła z zamrażarki pierogi i postawiła garnek na kuchence. Leon skończył lekcje i podszedł do mamy.

— Mamo, a w tym roku Święta będą jakieś wyjątkowe? — zapytał nieśmiało.

— Oczywiście — Emilia objęła go ramieniem. — Już nad tym myślę.

*

Naprawdę marzyła, by spędzić te święta inaczej niż zwykle. Może wyjazd w góry na kilka dni, a może chociaż pięknie nakryty stół, ozdoby, świece i wspólne oglądanie świątecznych filmów. Emilia była zmęczona ciągłymi dyżurami i szpitalnymi murami. Pragnęła ciszy, ciepła i poczucia, że jest u siebie.

Marcin wrócił późno. Pracował jako wykończeniowiec i często brał prywatne zlecenia. W weekendy też chodził do pracy — dla dodatkowych pieniędzy. Był dobrym fachowcem, dokładnym, z „złotymi rękami”. Tylko że niemal cały dodatkowy zarobek dziwnym trafem szedł na potrzeby jego matki.

— Jak dzień? — zapytała Emilia, gdy mąż zdjął buty w przedpokoju.

— W porządku. Tylko zmęczony. Filip dziś nie przyszedł, wszystko było na mojej głowie — Marcin poszedł do łazienki umyć ręce.

Przy kolacji opowiadał o pracy, o nowym kliencie, który chciał zrobić remont dużego mieszkania w dwa tygodnie. Emilia słuchała jednym uchem. Na początku grudnia zaczęła odkładać pieniądze na świąteczny stół i prezenty. Leon od dawna marzył o nowych łyżwach, ale brakowało jej potrzebnej kwoty. Wzięła nawet dodatkowe nocne dyżury, żeby dorobić.

Następnego dnia Marcin wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Był wyraźnie spięty.

— Mama dzwoniła — powiedział, siadając naprzeciwko żony. — Postanowiła pojechać z koleżankami na kurort. Do Włoch. Od dwudziestego grudnia do dziesiątego stycznia.

— Dobrze, niech odpocznie — skinęła głową Emilia, nie rozumiejąc jeszcze, dokąd zmierza rozmowa.

— Wyjazd kosztuje około dziewięciu tysięcy złotych. Mama poprosiła, żebym pomógł.

Emilia znieruchomiała z kubkiem w dłoniach. Dziewięć tysięcy. Nie mieli takich wolnych pieniędzy. A raczej mieli oszczędności — ale na zupełnie inny cel.

— Marcin, przecież odkładaliśmy na wkład własny do kredytu — powiedziała cicho.

— Emilia, to moja mama. Niedługo skończy sześćdziesiąt lat. Całe życie pracowała. Niech wreszcie porządnie odpocznie.

— Zofia ma pięćdziesiąt sześć lat — odparła spokojnie Emilia. — I własne mieszkanie w centrum.

— No i co z tego? Mieszkanie to nie gotówka. Już się zgodziłem jej pomóc.

*

Emilia zacisnęła pięści pod stołem. Wiedziała, że dyskusja nie ma sensu. Marcin zawsze robił to, czego chciała jego matka. Zawsze rzucał wszystko i biegł do Zofii na pierwsze wezwanie. Ich własna rodzina schodziła na dalszy plan.

Kilka dni później Marcin oznajmił, że wziął kredyt na dziewięć tysięcy złotych. Powiedział, że to tylko na chwilę, że szybko odda. Emilia wysłuchała go w milczeniu i odwróciła się do okna. Decyzja i tak zapadła bez niej.

Tydzień przed Bożym Narodzeniem, gdy Emilia wracała z kolejnego nocnego dyżuru, Marcin zadzwonił do niej po drodze do domu.

— Emilia, dziś wrócę późno. Mama dzwoniła, prosiła o pomoc — w jego głosie słychać było zakłopotanie.

— Co się stało?

— Nic szczególnego. Potem opowiem.

Wieczorem Marcin przyszedł i od razu zaczął:

— Mama poprosiła, żebym zrobił drobny remont w jej mieszkaniu. Chce wrócić z wyjazdu do odświeżonego domu. Trzeba pomalować sufity, zmienić tapety w sypialni i salonie, położyć nowe panele w kuchni.

Emilia otworzyła usta, ale nie znalazła słów. Patrzyła na męża, nie wierząc w to, co słyszy.

— Kiedy zamierzasz to robić? — wydusiła w końcu.

— Właśnie o tym chciałem porozmawiać — Marcin podrapał się po karku. — Świąt nie będzie. Kiedy mama będzie na kurorcie, zrobimy remont w jej mieszkaniu. Już dogadałem się z Filipem, zaczynamy dwudziestego trzeciego grudnia. Zdążymy przed jej powrotem.

Emilia powoli usiadła na kanapie. Krew uderzyła jej do głowy, zdradzając ledwo powstrzymywaną złość. Kilka razy otwierała usta, próbując coś powiedzieć, ale słowa grzęzły jej w gardle.

— Ty… ty mówisz poważnie? — zapytała w końcu. — My z Leonem czekaliśmy na te Święta. Brałam dodatkowe dyżury, odkładałam pieniądze. Syn marzy o łyżwach. A ty chcesz to wszystko odwołać przez remont u swojej matki?

*

Marcin chciał coś odpowiedzieć, ale Emilia już wstała. Powoli, bez gwałtownych ruchów — tak wstają ludzie, którzy nagle zrozumieli, że dalej nie ma już odwrotu.

— Czyli wszystko już postanowiłeś — powiedziała cicho. — Jak zawsze.

— Emilia, nie zaczynaj — westchnął Marcin. — To tylko jedne Święta. Odbędziemy je później. W styczniu. Albo w lutym.

— „Później” trwa u nas już dziesięć lat — spojrzała mu prosto w oczy. — Później będzie własne mieszkanie. Później urlop. Później normalne życie. A teraz… zawsze mama.

Leon stał w drzwiach swojego pokoju, przyciskając do piersi zeszyt. Wszystko słyszał. Emilia zauważyła syna i z trudem przełknęła ślinę.

— Idź do siebie — powiedziała łagodnie. — My z tatą porozmawiamy.

Gdy drzwi się zamknęły, cisza stała się niemal namacalna.

— Nie rozumiesz — Marcin ściszył głos. — Mama jest sama. Jest jej ciężko. Jestem jej to winien.

— A mnie nie jesteś winien? — Emilia uśmiechnęła się gorzko, choć w oczach miała łzy. — A swojemu synowi? Wiesz, co dziś powiedział? Że chce, żebyśmy byli razem. Po prostu razem.

Marcin potarł czoło.

— I tak pojadę robić ten remont.

— W takim razie zamieszkaj tam — powiedziała spokojnie Emilia.

Uniósł gwałtownie głowę.

— Co?

*

— Powiedziałam: zamieszkaj tam. Na ten czas. Ja nie będę tłumaczyć dziecku, dlaczego jego Święta zostały odwołane, bo babcia zapragnęła nowych tapet.

— Szantażujesz mnie? — w głosie Marcina pojawiła się złość.

— Nie — Emilia pokręciła głową. — Po raz pierwszy w życiu stawiam granicę.

Marcin ubrał się i wyszedł. Drzwi trzasnęły zbyt głośno — tak trzaska się nimi wtedy, gdy chce się udowodnić swoją rację.

Wigilijny wieczór Emilia spędziła z Leonem we dwoje. Bez gości, bez wystawnego stołu. Zapaliła świece, upiekła prostą szarlotkę i wyjęła z szafy niewielkie pudełko.

— To dla ciebie — powiedziała.

W środku były łyżwy. Nie najdroższe, ale nowe.

Leon spojrzał na nie, potem na mamę.

— Mamo… mówiłaś, że nie ma pieniędzy.

— Są — odpowiedziała cicho. — Po prostu czasem trzeba wydawać je na właściwe rzeczy.

*

Marcin wrócił po świętach. Zmęczony, poirytowany, z odciskami na dłoniach i pretensjami, których nikt nie zamierzał leczyć. Mieszkanie matki rzeczywiście było „jak nowe”. Tylko że w domu nie czekała na niego potulna cisza, lecz starannie spakowane rzeczy i dokumenty na stole.

— Złożyłam wniosek o rozdzielność finansową — powiedziała Emilia. — I koniec z kredytami bez mojej zgody. Jeśli chcesz być mężem i ojcem — uczmy się być rodziną. Jeśli nie… poradzimy sobie we dwoje.

Marcin długo milczał. Po raz pierwszy — naprawdę.

Za oknem padał śnieg. Spokojnie. Równo. Jakby świat wreszcie przestał się spieszyć i dał każdemu szansę na dokonanie wyboru.