Emma właśnie zamknęła za sobą drzwi, zrzuciła buty i przeciągnęła się ze zmęczenia, marząc tylko o gorącej herbacie i ciszy. Dzień był długi, nerwowy, a dom miał być jedynym miejscem, w którym wreszcie można odetchnąć. Zamiast jednak zwyczajowego: „Jak minął dzień?”, przywitał ją Lucas, stojący na środku kuchni z kartką papieru w ręku. Jego twarz była napięta, skupiona — jakby szykował się nie do rozmowy, lecz do przesłuchania.

— Proszę — położył na stole wydrukowaną tabelę. — Policzyłem.

Emma zmarszczyła brwi i, nie zdejmując jeszcze płaszcza, nachyliła się nad kartką. Kolumny cyfr, równe linijki, podkreślone kwoty.

— Co to jest?

— Wydatki z ostatniego miesiąca. Twoje osobiste koszty jedzenia.

Przesunęła palcem po pozycjach. Kasza, jajka, mleko, chleb, nawet sól — wszystko rozpisane co do grosza. Na dole widniała suma końcowa: 892 złote.

— Ty… mówisz poważnie?

— Jak najbardziej. Przecież się umówiliśmy: wspólny budżet po połowie. Jadłaś moje produkty.

Emma zaśmiała się krótko, nerwowo — bez cienia rozbawienia.

Twoje produkty? Lucas, od trzech lat mieszkasz w moim mieszkaniu.

Na moment się zawahał, ale zaraz się wyprostował.

— To nie ma znaczenia. Jesteśmy rodziną.

— Rodziną? — jej głos lekko zadrżał. — To dlaczego liczysz każdą złotówkę, którą rzekomo jestem ci „winna”?

— Bo to sprawiedliwe!

Emma wzięła głęboki oddech. Znała ten ton aż za dobrze — pewny siebie, mentorski, jakby nie dyskutował, tylko wydawał wyrok.

*

— Dobrze. Skoro tak… — wyciągnęła telefon i otworzyła aplikację bankową. — To bądźmy szczerzy. Mieszkasz w moim mieszkaniu. Rynkowy czynsz za takie to trzy tysiące złotych miesięcznie. Minus połowa opłat — razem 2 700 złotych do zapłaty z twojej strony.

Lucas pobladł.

— Ty sobie żartujesz?

— Nie. Po prostu liczę. Tak jak ty.

Między nimi zapadła ciężka, lepka cisza.

— To zupełnie co innego! — wyrwało mu się w końcu.

— Dlaczego? — Emma przechyliła głowę. — Przecież jesteś za sprawiedliwością.

Zaczął się wiercić, unikając jej spojrzenia.

— Mieszkanie… to nie jedzenie.

— Aha. Rozumiem. Czyli sprawiedliwość działa tylko w jedną stronę.

Lucas gwałtownie wstał, odsunął krzesło.

— Po prostu nie chcesz brać odpowiedzialności za swoje wydatki!

Emma nie powstrzymywała się już.

— Świetnie! W takim razie od jutra albo płacisz za mieszkanie, albo się wyprowadzasz. Wybieraj.

Trzasnął drzwiami sypialni. Emma została sama w kuchni, patrząc na ten absurdalny rachunek.

Jak w ogóle do tego doszło?

W pamięci zaczęły pojawiać się wspomnienia. Jak trzy lata wcześniej Lucas — wtedy jeszcze tylko chłopak, z którym się spotykała — wprowadził się do niej „na chwilę”. Twierdził, że wynajmuje swoje mieszkanie i musi tylko trochę poczekać. Później wyszło na jaw, że nie miał czego wynajmować — kawalerka należała do jego matki. Jak stopniowo zaczął uważać jej dom za swój, a ją samą za coś w rodzaju darmowej obsługi.

Zgniotła kartkę i wyrzuciła ją do kosza.

*

— Dość.

Poranek zaczął się od głośnego, natarczywego pukania do drzwi. Emma, jeszcze nie do końca obudzona, spojrzała na telefon — siódma rano. Serce nieprzyjemnie się ścisnęło.

Zarzuciła szlafrok i boso podeszła do drzwi. W wizjerze mignęła znajoma, niezadowolona twarz. Margaret, matka Lucasa.

Emma wzięła głęboki oddech i otworzyła.

— Dzień dobry, Margaret. Nie dzwoni się wcześniej?

Teściowa, nie odpowiadając, weszła do środka, ciągnąc za sobą ogromną walizkę na kółkach. W powietrzu rozszedł się ostry zapach tanich perfum.

— Gdzie jest mój syn? — rzuciła chłodno, rozglądając się po mieszkaniu oceniającym wzrokiem.

Lucas, słysząc głos matki, wybiegł z sypialni w samych bokserkach.

— Mamo! Co ty tu robisz?

— A co, matce już nie wolno odwiedzić własnego dziecka? — objęła go, po czym ostro odwróciła się do Emmy. — Choć oczywiście w cudzym domu nawet gościem być trudno.

Emma skrzyżowała ręce na piersi.

— Margaret, jeśli przyjeżdża się w gości, wypada uprzedzić dzień wcześniej.

— Och, przepraszam, Wasza Wysokość! — prychnęła teściowa. — Może jeszcze mam pytać o pozwolenie, żeby zobaczyć syna?

Lucas wyraźnie się zdenerwował.

— Mamo, bez awantur. Chodź do kuchni, zrobię herbatę.

Margaret, nie zdejmując płaszcza, przeszła do kuchni, głośno stukając obcasami. Emma została w przedpokoju, patrząc na brudne ślady butów na świeżo umytej podłodze.

W kuchni zaczęło się natychmiast.

— Synku, schudłeś! — lamentowała Margaret, chwytając Lucasa za policzki. — Ona w ogóle cię karmi?

— Mamo, no co ty…

— A co to za kartka? — teściowa podniosła zmięty papier ze stołu.

Po plecach Emmy przebiegł chłód.

— Ojej, a co my tu mamy? — Margaret rozłożyła kartkę. — „Kasza — 12 zł, jajka — 18…” Co to za cyrk?

Lucas spuścił wzrok.

— My tylko… postanowiliśmy dokładniej prowadzić budżet.

— Budżet?! — gwałtownie zwróciła się do Emmy. — To ty kazałaś mu się tak upokarzać? Liczyć każdą złotówkę?

— To pani syn zaczął liczyć, ile rzekomo jestem mu winna za jedzenie — odpowiedziała spokojnie Emma. — A kiedy przypomniałam, że mieszka w moim mieszkaniu za darmo, przestało mu się to podobać.

Kuchnia zamarła.

*

Margaret powoli wstała z krzesła.

— A więc… szantażujesz mojego syna?

— To nie jest szantaż — odpowiedziała chłodno Emma. — To się nazywa sprawiedliwość.

— Ach, sprawiedliwość! — teściowa zaśmiała się fałszywie. — Wiesz, ile mój Lucas mógłby zarabiać, gdyby się z tobą nie związał? Miał propozycję od córki dewelopera! A ty… — zmierzyła Emmę pogardliwym wzrokiem — nawet dzieci urodzić nie potrafisz.

Jakby zabrakło powietrza. Emma gwałtownie wciągnęła oddech.

Lucas stanął między nimi.

— Mamo, dość!

— Co „dość”?! — Margaret nacierała dalej. — Trzy lata z nią żyjesz — gdzie wnuki? Gdzie kariera? Ona jeszcze czegoś od ciebie wymaga? Niech najpierw udowodni, że jest kobietą!

— Wynocha z mojego mieszkania — powiedziała twardo Emma.

— Co?!

— Wynocha.

Margaret odwróciła się do syna.

— Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa?

Lucas patrzył raz na matkę, raz na żonę, kompletnie zagubiony.

— Emma… może nie tak ostro?

— Ostro? — Emma uśmiechnęła się gorzko. — Twoja matka obraża mnie w moim domu, a ja mam to znosić?

Sięgnęła po telefon.

— Macie pięć minut, żeby się spakować. Albo dzwonię na policję.

Margaret pobladła.

— Ty… ty nie masz prawa!

— Proszę spróbować mnie powstrzymać.

Lucas chwycił matkę za rękę.

— Mamo, chodź, odprowadzę cię…

Na progu Margaret odwróciła się jeszcze raz.

— Zapamiętaj to sobie, Emma. Jeszcze pożałujesz…

*

Drzwi zamknęły się za nimi cicho, niemal zwyczajnie. Emma stała w przedpokoju z telefonem w dłoni i dopiero gdy zamek cicho kliknął, pozwoliła sobie powoli wypuścić powietrze. Nogi drżały, ale w środku panowała dziwna pustka — bez łez, bez histerii, tylko głębkie zmęczenie.

Z sypialni dobiegł szelest. Lucas nie wyszedł z nimi. Wyszedł po chwili, już ubrany, z plecakiem na ramieniu. Twarz miał szarą, zapadniętą, jakby w ciągu tych kilkudziesięciu minut postarzał się o kilka lat.

— Naprawdę jesteś gotowa tak to wszystko zakończyć? — zapytał cicho.

Emma spojrzała na niego uważnie, bez gniewu, bez żalu — jak na kogoś, kogo wreszcie zobaczyła takim, jakim jest.

— Lucas — powiedziała spokojnie — to już dawno się skończyło. Ty tylko dziś to zauważyłeś.

— To przez mamę? — uśmiechnął się nerwowo. — Przesadziła, wiesz jaka jest…

— Nie — pokręciła głową Emma. — Przez ciebie. Przez to, że trzy lata mieszkałeś w moim mieszkaniu, jadłeś przy moim stole i jednocześnie zachowywałeś się tak, jakbym to ja była ci coś winna. A gdy przestałam milczeć — schowałeś się za plecami matki.

Spuścił wzrok.

— Chciałem tylko, żeby było uczciwie…

— Nie — przerwała mu. — Chciałeś, żeby było wygodnie. To nie to samo.

Zapadła cisza. Za oknem przejechał samochód, w sąsiednim mieszkaniu zadzwonił budzik. Zwykły poranek. Dla nich — ostatni.

— Przyjadę po resztę rzeczy później — powiedział w końcu.

— Nie — odpowiedziała Emma. — Dziś. Ja wszystko spakuję. Odbierzesz wieczorem. A klucze zostaw teraz.

Zawahał się, po czym wyjął pęk i położył go na komodzie. Metal cicho zadźwięczał — krótko i ostatecznie.

— Stałaś się twarda — rzucił jeszcze w drzwiach, jakby chciał ją ukłuć na pożegnanie.

Emma ledwie się uśmiechnęła.

— Nie. Po prostu przestałam być wygodna.

*

Wyszedł, nie trzaskając drzwiami. I tym razem Emma poczuła nie ból, lecz ulgę.

Cały dzień spędziła na porządkowaniu mieszkania. Jego rzeczy pakowały się szybko, bez żalu: obce koszule, jakieś papiery, ładowarki, drobiazgi, które kiedyś wydawały się częścią „ich” życia. Okazało się, że tych „ich” rzeczy było zaskakująco mało.

Wieczorem w mieszkaniu zrobiło się ciszej. Powietrze — lżejsze.

Lucas przyszedł punktualnie o siódmej. Bez słów zabrał pudła, nie próbując rozmawiać. Na progu zawahał się.

— Emma… jeśli coś… — zaczął i urwał.

— Wszystko już jest „coś” — odpowiedziała spokojnie.

Skinął głową i wyszedł.

Gdy drzwi za nim się zamknęły, Emma poszła do kuchni, nalała sobie gorącej herbaty i usiadła przy stole. Tym samym, na którym wczoraj leżał absurdalny rachunek. Wyniosła śmieci, umyła ręce i nagle zrozumiała: po raz pierwszy od dawna w domu nie było napięcia. Żadnego oczekiwania na konflikt. Żadnego strachu przed powiedzeniem za dużo.

Telefon zawibrował. Wiadomość z nieznanego numeru:

„Jeszcze pożałujesz. Takie jak ty zostają same.”

Emma spojrzała na ekran, uśmiechnęła się krzywo i bez odpowiedzi zablokowała numer.

Podeszła do okna i wpuściła do mieszkania wieczorne powietrze. Miasto szumiało, żyło, oddychało — i w tym szumie nie było już cudzych głosów.

— Sama — powiedziała cicho. — Wreszcie.

Tym razem to słowo nie zabrzmiało jak groźba, lecz jak obietnica.