— Mama powiedziała, że lepiej będzie, jeśli zostaniesz w domu. W tym roku święta są tylko dla swoich.
Michał nawet nie oderwał wzroku od telefonu. Anna znieruchomiała pośrodku kuchni z wilgotną ściereczką w dłoni. Dwudziesty drugi grudnia. Do Bożego Narodzenia zostały trzy dni — a ją znów, cicho i bez zamieszania, skreślono z rodziny.
— W sensie… mam zostać w domu? — zapytała ciszej, niż się spodziewała.
— No tak. Przecież sama rozumiesz, nie wszyscy się tam zmieszczą. Mieszkanie mamy nie jest z gumy — w końcu podniósł wzrok i spojrzał na nią z autentycznym zdziwieniem, jakby pytanie było zupełnie absurdalne. — Ale poprosiła, żebyś wszystko przygotowała. Oto lista.
Podał jej kartkę zapisaną starannym pismem Krystyny Nowak. Anna wzięła ją opuszkami palców, jakby bała się, że się ubrudzi.
Galareta mięsna. Trzy różne sałatki. Pieczona ryba. Ciasta — z mięsem i z jabłkami. Deski wędlin i serów. Na dole dopisek:
„Zrób to ładnie, Aniu. W końcu będą goście”.
*
Goście. Czyli obcy — mogą. A ona — nie.
— Czyli mam ugotować dla dwudziestu osób, ale sama nie usiądę przy wigilijnym stole?
Anna nie pytała — powiedziała to na głos, jakby sprawdzała, czy dobrze słyszy.
— No tak. Przecież rozumiesz, to ich krąg. Tobie byłoby tam niezręcznie.
Dwanaście lat małżeństwa. Dwanaście lat gotowania dla całej tej rodziny — na święta, rocznice, rodzinne spotkania. Przy stole siedziała może dwa razy. Zawsze: podać, podgrzać, sprzątnąć, pozmywać.
— Dobrze — powiedziała spokojnie Anna.
Michał skinął głową i wrócił do telefonu.
Dwadzieścia trzeciego grudnia stała w supermarkecie przy ladzie mięsnej. Prawie połowa miesięcznej pensji — tej samej, którą odkładała na ciepły zimowy płaszcz. Włożyła mięso do koszyka. Potem łososia, awokado, ananasy do sałatek. Krystyna Nowak lubiła, gdy wszystko było „jak należy” — zwłaszcza na Boże Narodzenie.
W domu gotowała, kroiła, mieszała. Ręce pracowały automatycznie. Dwudziestego czwartego wstała o szóstej rano i kontynuowała. W pewnej chwili zauważyła, że nie czuje już złości. Zostało tylko zmęczenie i mechaniczne wykonywanie obowiązku.
Po południu wpadła jej siostra, Marta. Spojrzała na stół zastawiony pojemnikami i gwizdnęła cicho.
— Ty co, catering otworzyłaś?
— To dla rodziny Michała. Na Boże Narodzenie.
— A ty gdzie będziesz?
— Tutaj. Sama. Mnie nie zaprosili, ale jedzenie zamówili.
*
Marta usiadła powoli na stołku. Przez dłuższą chwilę milczała.
— Wiesz… od dawna chciałam ci coś powiedzieć. Pamiętasz wasze wesele? Przypadkiem usłyszałam, jak Krystyna mówiła do koleżanki pod toaletą:
„Michał znalazł sobie prostą dziewczynę. I dobrze. Przynajmniej gotować umie. Do kuchni się nada”.
Anna zamarła. Nóż zawisł nad deską.
— Dwanaście lat milczałaś?
— Myślałam, że to nie moja sprawa. Przepraszam — Marta potarła skronie. — Ale teraz patrzę na to wszystko i jest mi ciężko. Naprawdę zamierzasz oddać im jedzenie i spędzić Boże Narodzenie sama?
— Zamierzam — odpowiedziała Anna.
Telefon zadzwonił, gdy Anna wycierała ręce w ręcznik i zerknęła na zegar. Za pięć siódma. Wigilijny wieczór. Za późno na przypadkowe rozmowy i za wcześnie na życzenia.
Spojrzała na ekran i niemal się uśmiechnęła. Krystyna Nowak.
— Tak? — jej głos był spokojny. Sama się zdziwiła.
— Anno, gdzie ty jesteś? — w słuchawce słychać było irytację. — Michał mówił, że wszystko przygotowałaś. My już mamy siadać do stołu, a jedzenia nie ma.
Anna powoli usiadła.
*
— Oczywiście, że nie ma — odpowiedziała. — Jest u mnie.
— Jak to „u ciebie”?! — głos się podniósł. — Miałaś to przywieźć godzinę temu!
— Niczego nie „miałam”, Krystyno — powiedziała łagodnie. — Sama powiedziałaś, że święta są tylko dla swoich. Nie chciałam przeszkadzać.
Zapadła cisza. W tle słychać było rozmowy, śmiech, brzęk kieliszków.
— Anno, nie zaczynaj — odezwała się chłodno teściowa. — Ludzie czekają. Liczyliśmy na ciebie.
— Zawsze na mnie liczyliście — odpowiedziała spokojnie. — Tylko nigdy mnie nie zapraszaliście.
Rozłączyła się, zanim padła odpowiedź.
Chwilę później zadzwonił Michał.
— Co ty wyprawiasz?! — syknął. — Mama jest wściekła, goście są, a stół pusty!
— A ja jestem w domu — powiedziała Anna. — Przecież mówiłeś, że byłoby mi tam niezręcznie.
— Anka, przestań! To przecież Boże Narodzenie!
— Właśnie dlatego — spojrzała na stół, na gotowe potrawy, na świece, których nikt jeszcze nie zapalił. — Po raz pierwszy nie stoję w kuchni.
— Jesteś zobowiązana… — zaczął, ale przerwała mu:
— Dwanaście lat byłam. Dziś — nie.
Zamilkł.
— Wszystko psujesz — powiedział w końcu.
Anna uśmiechnęła się zmęczona.
— Nie. Po prostu przestałam naprawiać coś, co nigdy nie było moje.
Odłożyła telefon ekranem do dołu.
Marta nalała dwa kieliszki wina, zapaliła świece i usiadła naprzeciwko.
— I co? — zapytała.
— U nich pusty stół — odpowiedziała Anna. — A u mnie wreszcie pełny.
Jedli powoli, bez pośpiechu. Cisza była ciepła, nieprzytłaczająca.
Później Anna spakowała jedzenie do pojemników i wystawiła je na klatkę schodową. Bez karteczki. Bez wyjaśnień. Zamknęła drzwi.
Rano telefon pękał od nieodebranych połączeń. Nie czytała ich. Parzyła kawę i przymierzała nowy płaszcz — kupiony za pieniądze, które zostały.
Gdy Michał wrócił po południu, już na niego czekała.
— Złożyłam pozew o rozwód — powiedziała spokojnie. — Dokumenty są na stole. Nie chcę już być „wygodna”.
Patrzył na nią długo.
— Zmieniłaś się.
Anna pokręciła głową.
— Nie. Po prostu przestałam nadawać się „do kuchni”.
I po raz pierwszy od wielu lat Boże Narodzenie naprawdę było świętem.