Clara, nie widziałaś mojego niebieskiego krawata? — dobiegł głos z sypialni, gdzie Markus Weiss szykował się do pracy.

Clara stała przy kuchence, mieszając owsiankę. Siedem lat małżeństwa — i każdy dzień jak przez kalkę. On pędził do biura po pieniądze i karierę, ona krążyła między kuchnią, garnkami i pralką.

Sprawdź na górnej półce w szafie! — krzyknęła.

Nic tu nie ma! Jesteś pewna?

Westchnęła, wytarła ręce i poszła do sypialni. W kieszeni jego wczorajszej marynarki wyczuła coś metalowego. Klucz. Zwykły klucz do mieszkania — ale nie do ich.

Markus, skąd to? — podała mu znalezisko.

Na jego twarzy mignęło zakłopotanie, lecz natychmiast się opanował i warknął:

Wracaj do kuchni! Nie grzeb w moich rzeczach! To służbowy klucz, od archiwum w pracy.

Nie miał pojęcia, co będzie dalej.

Przy śniadaniu Markus coś zawzięcie pisał w telefonie, uśmiechał się i parę razy cicho się zaśmiał.

Kto do ciebie pisze? — zapytała ostrożnie Clara.

Współpracownicy. Omawiamy projekt — burknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

Ale zdążyła zauważyć — zamiast dokumentów migały serduszka i emotikony.

Dziś wrócę późno. Prezentacja, potem kolacja z partnerami. Nie czekaj na mnie.

Kolacja w sobotę?

Biznes nie zna weekendów, kochanie.

Pocałował ją w policzek i wyszedł, zostawiając po sobie zapach drogiego perfumu.

Clara posprzątała ze stołu i usiadła z filiżanką wystygłej kawy. Siedem lat temu ukończyła z wyróżnieniem ekonomię, pracowała w banku, budowała karierę. Ale po ślubie…

*

Po co ci ta praca? — przekonywał ją wtedy Markus. — Ja wszystko zapewnię. Zajmij się domem. Niedługo dzieci…

Lata mijały, dzieci nie było. Za to Clara znała twarze wszystkich kasjerów w okolicznych supermarketach i pamiętała fabułę każdego serialu.

Tego ranka coś w niej pękło. Obcy klucz, emotikony w telefonie, nowy zapach, „służbowe” spotkania w weekendy…

Otworzyła laptop i wpisała w wyszukiwarkę: „oferty pracy biurowiec Zaria”. Właśnie tam, na siódmym piętrze, Markus pracował w firmie Forward.

Wśród ogłoszeń znalazła jedno: firma sprzątająca Czystość szukała sprzątaczek do biurowca. Zmiana wieczorna.

Serce zabiło szybciej. Idealnie: pracownicy wychodzą, sprzątaczki przychodzą. Ale niektórzy zostają…

Wybrała numer:

Dzień dobry. Dzwonię w sprawie pracy sprzątaczki w „Zarii”…

Następnego dnia Clara siedziała przed brygadzistką, panią Niną.

Ma pani doświadczenie?

Domowe. Siedem lat — odpowiedziała szczerze.

Dlaczego akurat „Zaria”? Mamy obiekty bliżej.

Pasuje mi grafik. I… rozwodzę się. Wieczorami mąż z dzieckiem, a ja dorabiam.

Kobieta spojrzała na nią ze współczuciem.

*

Rozumiem. Pasuje pani. Jak wpisać nazwisko?

Walentyna Piotrowska — odpowiedziała bez wahania.

W trzy dni Clara Weiss stała się Walentyną Piotrowską — nową sprzątaczką w biurowcu. Dostała strój, sprzęt i krótki instruktaż:

Najważniejsze — być niewidoczną. Bez rozmów, bez zbędnych ruchów. Szybko i cicho. Siódme piętro. Firma IT „Forward”. Szczególnie gabinet z tabliczką „M. Weiss”.

Czy mogę właśnie siódme piętro? — zapytała ostrożnie Clara. — Słyszałam, że jest tam mniej biur. Dopiero się uczę.

Może być. Jedna dziewczyna nie wytrzymała — ciężko tam. Jak dasz radę, pracuj.

Clara stała pod drzwiami gabinetu męża z mopem w ręku. Było już po ósmej wieczorem. Dzień pracy się skończył, ale zza drzwi dobiegały głosy.

Jej plan zadziałał.

Dwa tygodnie pracy jako sprzątaczka w tym samym biurze, w którym pracował Markus, otworzyły jej oczy. Jego „nadgodziny” nie miały nic wspólnego z pracą. Przyciągało go siódme piętro — lecz nie projekty, tylko Alina Kramer, młoda specjalistka od marketingu z tej samej firmy.

Klucz z jego kieszeni nie pasował do archiwum, lecz do jej mieszkania w nowym apartamentowcu.

Markus, mam dość ukrywania się — powiedziała Alina w chwili, gdy Clara myła podłogę w sąsiednim gabinecie. — Kiedy będziemy razem oficjalnie?

*

Clara znieruchomiała, nie doprowadziwszy mopa do wiadra. W gardle zrobiło się sucho, ale ręce nie drżały. Odczekała kilka sekund — dokładnie tyle, by usłyszeć odpowiedź.

Nie teraz, Alina — Markus mówił cicho, z irytacją. — Wiesz, że to skomplikowane.

Skomplikowane? — w jej głosie zabrzmiała stal. — Masz klucz do mojego mieszkania, spędzasz tu wieczory, a ja wciąż słyszę „nie teraz”?

Clara ostrożnie odsunęła wózek i udawała, że myje szybę. Serce biło równo — jakby od dawna znała każde kolejne słowo.

Załatwię to — rzucił Markus. — Potrzebuję czasu.

Ile? Miesiąc? Rok? Aż twoja żona zestarzeje się przy kuchence?

Westchnął gwałtownie.

Nie wtrącaj się.

Clara zamknęła oczy. Siedem lat — i wszystko stało się krystalicznie jasne w jedną minutę.

W domu nie zapaliła światła. Usiadła na brzegu kanapy, wyjęła z torebki notes kupiony po drodze. Starannie napisała: plan. Obok — daty, kwoty, kroki. Wróciła do ekonomii jak do ojczystego języka po długim milczeniu.

Po tygodniu otworzyła konto na swoje nazwisko. Po dwóch — zaktualizowała CV. Po trzech — dostała zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną w firmie doradczej. Niewielkiej, ale z perspektywą. I — co najważniejsze — z szacunkiem.

Markus coraz częściej zostawał do późna. Pachniał tym samym perfumem, mówił te same zdania. Słuchała i kiwała głową, lecz była już gdzie indziej.

W piątkowy wieczór wszedł do kuchni zbyt zadowolony.

Wyjeżdżam na weekend — oznajmił, nie patrząc na nią. — Szkolenie wyjazdowe.

*

Clara postawiła przed nim talerz. Pusty.

Usiądź — powiedziała spokojnie.

Podniósł wzrok, zdziwiony.

Obraziłaś się?

Nie. — Przesunęła w jego stronę teczkę. — Zdecydowałam.

Otworzył. Dokumenty. Wyciągi. Pozew rozwodowy.

Co to jest?

Mój powrót do siebie. Wracam do pracy. Od poniedziałku. I składam pozew o rozwód.

Uśmiechnął się z przyzwyczajenia.

Myślisz, że poradzisz sobie beze mnie?

Clara spojrzała mu prosto w oczy. Spokojnie. Chłodno. Ostatecznie.

Już sobie poradziłam.

Zamilkł. Po raz pierwszy — naprawdę.

Alina wie? — zapytała, wstając.

Markus pobladł.

*

Wie co?

Że klucze rozdajesz łatwo, a odpowiedzialności nigdy.

Wzięła płaszcz.

I jeszcze jedno. W weekend też wyjeżdżam. Ale nie na szkolenie. Jadę zacząć życie, w którym nikt nie wydaje mi rozkazów „do kuchni”.

Drzwi zamknęły się cicho.

Miesiąc później Clara siedziała w nowym biurze przy oknie. Miasto lśniło światłami. Telefon zawibrował — wiadomość z nieznanego numeru.

„Tu Alina. Wszystko zrozumiałam. Dziękuję.”

Clara uśmiechnęła się — nie złośliwie, lecz lekko. Jak uśmiechają się ludzie, którzy wychodzą z długiej ciemności w światło.

Zamknęła laptop i poszła do domu.
Po raz pierwszy — do siebie.