Piętnastego grudnia Klara siedziała przy stole, podciągnąwszy nogi pod siebie. Oczy bolały ją już od monitora, plecy dawały o sobie znać, ale zaciskała zęby. Projekt musiał zostać oddany na czas — klient się spieszył i obiecał premię, jeśli wszystko będzie gotowe przed świętami. Klara lubiła swoją pracę, choć mąż nazywał ją pogardliwie „klikaniem w klawiaturę”. Płacili dobrze, regularnie — i to dawało jej poczucie bezpieczeństwa.

W zamku zgrzytnął klucz — wrócił Wiktor.

Ostatnio wracał z pracy poirytowany, napięty, wiecznie niezadowolony. Klara szybko zwinęła okno z projektem i wymusiła uśmiech.

— Cześć, Wiktor. Obiad jest na kuchence, kotlety — twoje ulubione…

Nawet się porządnie nie rozzuł — wszedł do pokoju i rzucił skórzaną torbę na kanapę.

— Znowu siedzisz? — burknął, patrząc na nią z chłodną pogardą. — Jeszcze ci oczy nie pękły?

— Pracuję. Termin się zbliża.

— Pracujesz… — przedrzeźniał. — Ludzie w fabrykach pracują, harują całymi dniami, a ty się bawisz.

*

Opadł ciężko na kanapę i chwycił pilot. Klara od razu poczuła, że coś jest nie tak. Powietrze w mieszkaniu było gęste, napięte, jak przed burzą. Cicho poszła do kuchni, starając się nie wchodzić mu w drogę. Nałożyła kotlety i makaron, ułożyła wszystko starannie na tacy i zaniosła do pokoju.

— Powinnaś jeszcze dziękować, że w ogóle cię toleruję — rzucił nagle, nawet nie spojrzawszy na jedzenie.

Klarze zadrżały ręce — taca omal nie wypadła jej z dłoni.

— Słucham?

Wiktor gwałtownie się odwrócił. Twarz miał czerwoną, oczy ciężkie, wrogie.

— Normalnie. Pomyślałem sobie, Klara. Źle żyjemy. Nie po ludzku.

— Co się stało? — w środku wszystko w niej zamarło.

— Matka dzwoniła, płakała. Elenie, mojej siostrze, potrzebne są pieniądze — chce rozkręcić bloga, szansa życia! A nie ma za co. Mamie trzeba zrobić zęby, a my tu żyjemy jak pączki w maśle! Spłacamy twoją hipotekę, objadamy się!

Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju, wymachując rękami, jakby oskarżał ją każdym słowem.

— Zarabiasz przecież świetnie — to może chociaż przygotujesz świąteczny stół dla mojej rodziny na Boże Narodzenie?

*

Klara powoli postawiła tacę na stole. Talerze cicho zadźwięczały — zbyt głośno w tej ciszy.

— Z mojej pensji? — zapytała spokojnie, sama zdziwiona, jak równo zabrzmiał jej głos.

— A z czyjej? — prychnął Wiktor. — Przecież wiesz, od trzech miesięcy nie mam zleceń, a samochód tyle kosztuje! Poza tym… to rodzina. Nie obcy.

— Rozumiem — skinęła głową. — Doskonale rozumiem.

Nie zauważył, jak się wyprostowała. Jak z jej spojrzenia zniknęło zmęczenie, a pojawiła się chłodna jasność.

— Więc tak — ciągnął Wiktor, coraz bardziej ożywiony. — Zrobimy porządne zakupy. Mięso, ryby, sałatki. Matka lubi, jak stół się ugina. I Elenie trzeba pomóc — przelejesz jej z pięć tysięcy złotych na start.

— Już wszystko zdecydowałeś — powiedziała Klara.

— A co tu decydować? — uśmiechnął się krzywo. — Jesteś żoną. Jesteśmy rodziną.

To zdanie zawisło w powietrzu jak policzek.

— Dobrze — powiedziała nagle. — Zrobimy po twojemu.

Wiktor uśmiechnął się z zadowoleniem.

— No widzisz. Bo już myślałem, że znowu zaczniesz…

— Jest tylko jeden warunek — przerwała mu.

— Jaki?

— Prezenty dajemy rano. Wszystkie. Po kolei.

*

Skrzywił się, ale skinął głową.

— Jak chcesz.

Dwudziestego piątego grudnia mieszkanie było czyste aż do sterylności. Żadnych zapachów gotowania, żadnego świątecznego gwaru. Na stole leżał biały obrus, a na nim równo ustawione… puste talerze. Po jednym dla każdego gościa. Obok sztućce, serwetki, kieliszki. Ani okruszka jedzenia.

Wiktor krążył po pokoju, nerwowo zerkając na zegarek.

— Kpisz sobie ze mnie? — syknął. — Gdzie jedzenie?

— Zaraz będzie — odpowiedziała spokojnie Klara, rozkładając koperty przy talerzach.

Rozległ się dzwonek do drzwi. Najpierw matka — z miną urażonej godności. Potem Elena, cała w brokacie i pewności siebie. Za nimi ciotki, kuzyni — hałas, zapach zimna, oczekiwanie.

Usiedli. Spojrzeli na stół. Cisza zgęstniała.

— To… co to ma być? — nie wytrzymała matka.

Klara wstała.

— Świąteczny stół. Na mój koszt. Tak jak prosiliście.

— Gdzie jedzenie?! — ryknął Wiktor, czerwieniejąc.

— W waszych oczekiwaniach — odpowiedziała i wzięła jedną z kopert. — A teraz prezenty.

Podała Wiktorowi jego kopertę.

— Otwórz.

Szarpnął papier. W środku leżały starannie ułożone dokumenty.

— Co to za bzdury?..

— Pozew o eksmisję — powiedziała spokojnie Klara. — I zawiadomienie o rozwodzie. Mieszkanie jest moje. Hipotekę spłacałam ja. Masz czas określony w dokumentach.

*

Ktoś w pokoju westchnął głośno.

— Zwariowałaś?! — wrzasnął Wiktor. — Nie masz prawa!

— Mam — spojrzała mu prosto w oczy. — W przeciwieństwie do ciebie ja najpierw myślę, potem działam.

Matka zerwała się z miejsca.

— Jak możesz?! Przecież jesteśmy rodziną!

— Właśnie dlatego dziś nie ma kolacji — Klara uśmiechnęła się lekko. — Rodzina to nie ci, którzy traktują cudze pieniądze jak własne.

Odwróciła się do Eleny.

— A ty masz osobny prezent. Nie inwestuję w cudze iluzje. Zwłaszcza za własne pieniądze.

Elena pobladła.

— Pożałujesz!

— Już nie — odpowiedziała Klara.

Założyła płaszcz, wzięła torbę z laptopem.

— Wesołych Świąt — powiedziała na pożegnanie. — Puste talerze to dobra okazja, żeby pomyśleć, kto i czym przez lata się żywił. Za cudzy rachunek.

Drzwi zamknęły się cicho.

A w mieszkaniu zostali ludzie, którym nagle zabrakło nie tylko jedzenia — ale i władzy nad kimkolwiek.