Każdego ranka Anna budziła się przed budzikiem: najpierw sprawdzała piec, potem nastawiała czajnik, a później szukała kotki, która zwykle układała się na poduszce Thomasa, gdy ten wychodził na nocną zmianę. Rano nie było obok niej męża — jego poduszka, jak zawsze po nocnej pracy, pozostawała pusta i zimna. Tym razem jednak zwykły porządek zakłócił cichy pisk dobiegający spod łóżka.
Noc była wilgotna i hałaśliwa. Deszcz siekł w okna, wiatr wyginał wiśnię przy furtce, a o świcie chwycił pierwszy mróz: kałuże na podwórzu pokryła cienka warstwa lodu. Anna wsunęła stopy w kapcie i już chciała ze złością zawołać kotkę. Często przynosiła do domu coś z dworu, więc pierwsze, co przyszło Annie do głowy, to mysz. Dźwięk powtórzył się jednak — cichy, słaby, jakby spod łóżka piszczał więcej niż jeden głos.
Anna włączyła latarkę w telefonie i uklękła. Przy ścianie stało pudełko na buty; odsunęła je i zamarła. Na starym swetrze Thomasa, którego bezskutecznie szukała przez cały tydzień, leżały przytulone do siebie trzy maleńkie kocięta. Były mokre, ich futerko się posklejało, a każde z nich nie było większe od jej dłoni. Kotka wyciągnęła się przed nimi na całej szerokości swetra i nieruchomo obserwowała Annę.
Anna wyciągnęła rękę do najmniejszego kociaka. Kotka cicho, ostrzegawczo zamruczała i kobieta natychmiast się zatrzymała. Znała ten dźwięk: kotka dawała w ten sposób do zrozumienia, że obce ręce nie są teraz mile widziane. Anna cofnęła dłoń, ale została przy łóżku. Dziwne było nie tylko to, że w domu pojawiły się kocięta. Dziewięć lat wcześniej weterynarz powiedział, że kotka nie może mieć własnego potomstwa. Anna pamiętała to doskonale i nie potrafiła pojąć, jak pogodzić ze sobą to, co widziała.
Nie dawał jej spokoju również sweter. Thomas zdjął go kilka dni wcześniej, a potem ubranie zniknęło. Anna pytała męża, czy go nie widział, ale tylko wzruszył ramionami: może sweter trafił do pudełka albo za łóżko. Uznała wtedy, że sama odłożyła go w niewłaściwe miejsce. Teraz leżał pod łóżkiem, mokry i ogrzewany przez trzy kocięta. Anna sprawdziła brzeg materiału: na rękawie widniały ciemne, wilgotne plamy, a kotka osłaniała maluchy całym ciałem, jakby była gotowa bronić ich przed każdym ruchem.
Nie dotknęła kociąt i wstała, żeby obejrzeć pokój. Okno było zamknięte, zasuwka na swoim miejscu. Drzwi również były zamknięte na klucz, tak jak Anna pamiętała z wieczora. Przeszła przez dom, sprawdziła wejście i wróciła do sypialni. Żadnych śladów, żadnych otwartych drzwi. Na dworze widać było ślady nocnego deszczu i cienką warstwę lodu, a w środku — trzy mokre maleństwa, które jakby przyniesiono z niepogody i ukryto właśnie pod ich łóżkiem.
Spod łóżka znów dobiegł ledwie słyszalny pisk. Anna wstrzymała oddech i zauważyła, że kotka mocniej przywarła do swetra. Nie spuszczała z niej wzroku; kocięta poruszały się pod mokrym materiałem, a jedno cicho trąciło noskiem bok drugiego. Anna odruchowo się cofnęła, starając się nie hałasować.
Najpierw postanowiła zadzwonić do Thomasa. Nie wrócił jeszcze ze zmiany i nie chciała niepotrzebnie go niepokoić, ale musiała poznać wyjaśnienie. Mąż nie odebrał od razu. Anna opowiedziała o kociętach, swetrze i zamkniętych drzwiach. Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, po czym Thomas powiedział, że nie ma pojęcia, skąd się wzięły, i poprosił, żeby na razie niczego nie ruszała. Mówił zmęczonym głosem, jakby chciał zakończyć rozmowę i wrócić do tego, czym się zajmował.
— Na pewno nie otwierałeś w nocy drzwi? — zapytała Anna.
— Przecież powiedziałem, że nie wiem. Nie musisz teraz niczego rozstrzygać — odparł Thomas.
Te słowa jej nie uspokoiły. Anna nie żądała, żeby natychmiast rzucił pracę albo zajmował się kotką. Chciała wiedzieć, kto przyniósł maluchy do domu i dlaczego znalazły się pod łóżkiem na zaginionym swetrze. Jeśli Thomas naprawdę nic nie wiedział, mógł po prostu powiedzieć to bez irytacji. Powtórzył jednak, żeby zostawiła wszystko tak, jak jest, i znów nie wyjaśnił, skąd ta pewność, że niczego nie należy ruszać.
Anna spojrzała na kotkę, która nadal osłaniała kocięta. Potem znów na telefon. Za oknem mróz pokrywał podwórze cienką warstwą lodu, a drzwi na werandę pozostawały zamknięte. Kobieta postanowiła, że nie będzie już przyjmować wymijającego „nie wiem” za odpowiedź. Mocniej ścisnęła telefon, odeszła od łóżka w stronę stołu i gwałtownie opuściła go na blat.
— Dopóki nie powiesz, jak te kocięta znalazły się w zamkniętym domu, nie waż się wracać i udawać, że nic się nie stało! — ucięła Anna, z impetem rzucając telefonem na stół…
— Rozbiłaś telefon? — zapytał ostro Thomas. — Nie będę o tym rozmawiać, dopóki krzyczysz.
Połączenie się urwało. Anna spojrzała na telefon: ekran był cały, tylko etui zsunęło się na bok. Podniosła go ze stołu i odłożyła obok. Kotka nie odstępowała kociąt. Jedno z nich poruszyło się i cicho zapiszczało, więc Anna ponownie przykucnęła przy łóżku, ale nie wyciągnęła do niego ręki.
— Zaraz się dowiem, skąd się wzięliście — powiedziała bardziej do siebie niż do kotki.
Na werandzie było zimno. Anna zapaliła światło i rozejrzała się. Przy drzwiach stał plastikowy transporter, którego od dawna nie używano. W środku leżał mokry ręcznik, a na dnie widać było ciemne ślady błota i słomy. Obok znalazła małą butelkę ze smoczkiem. Na haczyku przy drzwiach nie było zapasowego klucza. Anna zawsze zostawiała go tam na wypadek, gdyby zapomniała głównego.
Przesunęła palcem po wilgotnym brzegu transportera. Do ręcznika przylgnęło kilka krótkich, jasnych włosków, ale na samej werandzie nie było śladów kotki. Ktoś przyniósł tu maluchy, a potem przeniósł je do sypialni. Wyjaśnienie było już blisko. Brakowało tylko odpowiedzi na pytanie, dlaczego Thomas wolał powiedzieć, że nic nie wie.
Anna zadzwoniła ponownie. Tym razem odebrał po pierwszym sygnale.
— Na werandzie jest transporter, butelka i mokry ręcznik — powiedziała. — Zapasowy klucz też zabrałeś?
— Tak. Znalazłem je przy rampie koło pracy. Wszędzie stała woda, a one leżały w pudełku. Poczekałem, ale matka się nie pojawiła.
— I postanowiłeś przywieźć je do domu, kiedy śpię?
— Marzły. Nie mogłem ich tam zostawić.
— A powiedzieć mi też nie mogłeś?
— Miałem zamiar. Ale od razu zaczęłabyś mnie przesłuchiwać, tak jak teraz.
Anna spuściła wzrok na brudne smugi przy progu. Thomas mówił tak, jakby to jej pytania były największym problemem tej nocy.
— Położyłeś je pod łóżkiem i poszedłeś na zmianę. Wiedziałeś, że sama je znajdę i nie będę wiedziała, czym je karmić?
— Kotka położyła się obok. Uznałem, że je ogrzeje. Przecież zawsze się koło ciebie kręci.
— Weterynarz powiedział, że nie może mieć kociąt. Ona ich nie karmi, Thomas.
— Skąd miałem wiedzieć, że to takie skomplikowane? Nie jestem weterynarzem.
— Ale wiedziałeś, że tam są.
Westchnął do słuchawki z irytacją, jakby rozmowa niepotrzebnie przeciągała się przez jakąś błahostkę.
— Nie spałem całą noc. Daj spokój. Są w cieple, kotka ich nie rusza. Wrócę, to zobaczymy.
— Nie. Teraz dzwonię do kliniki weterynaryjnej. Ty też będziesz wiedział, czego potrzebują i co robić dalej.
— Rób, co chcesz — rzucił Thomas i się rozłączył.
Anna wybrała numer najbliższej kliniki. Wyjaśniono jej, jak utrzymać kocięta w cieple i dlaczego nie wolno podawać im zwykłego mleka. Tak małe kocięta potrzebowały specjalnego preparatu mlekozastępczego i częstego karmienia, również w nocy. Lekarz zaproponował, by przywieźć maluchy na badanie, gdy tylko uda się je bezpiecznie przetransportować. Anna zapisała zalecenia na kartce i położyła ją na kuchennym stole.
Potem ostrożnie podsunęła pod kocięta suchy materiał. Kotka śledziła każdy jej ruch, ale już nie ostrzegała. Anna poruszała się powoli, zostawiając im przestrzeń. Maluchy tuliły się do siebie, a kotka położyła się obok nich, nie przykrywając ich łapami. To nie wystarczało, by zapewnić im opiekę, ale przynajmniej nie były same.
Zanim Thomas wrócił, Anna zdążyła kupić preparat mlekozastępczy i małą butelkę, którą polecono jej w klinice. Nie przeglądała rzeczy męża i nie próbowała decydować za niego, gdzie ma spać. Nie przygotowała jednak kolacji ani nie położyła jego ubrania roboczego do wyschnięcia, jak zwykle robiła po jego zmianie. Kiedy wszedł, na stole leżały opakowanie preparatu, kartka z zaleceniami i transporter.
Thomas zdjął kurtkę i spojrzał na zakupy.
— Już wszystko postanowiłaś?
— Dowiedziałam się, czego potrzebują. Nie ustaliliśmy jeszcze, kto będzie je karmił i woził do weterynarza.
— Przecież mówiłem, że nie przyniosłem ich bez powodu. Zginęłyby.
— Uratowałeś je na jedną noc. Teraz zaczyna się opieka. Nie zgodziłam się, żebyś zrzucił ją na mnie.
— Pracuję w nocy, Anna. Ty jesteś w domu.
Zwykle właśnie tak to wyglądało: on mówił, że jest zajęty, a ona przejmowała to, co zostawił. Piec, jedzenie, zakupy, kotka, dom. Nikt nie ustalił, że wszystko to należy do jej obowiązków, ale Thomas przywykł do tego, że sprawy jakoś same znikały mu z drogi. Teraz pod łóżkiem leżały trzy maleńkie kocięta, a zwykła wymówka nie mogła ich za niego nakarmić.
— Ja też nie śpię, kiedy muszę — odpowiedziała Anna. — Ale dzisiaj nie będę udawać, że to z góry moja sprawa.
Thomas skrzywił się, ale nie zaprotestował. Wziął kartkę, przeczytał zalecenia i zapytał, o której trzeba karmić kocięta. Anna pokazała mu rozpisany według wskazówek lekarza harmonogram. Następne karmienie wypadało o porze, kiedy powinien już odpoczywać po zmianie.
— Rano muszę iść spać — powiedział.
— A ja nie mogę położyć się za ciebie. Nakarmię je teraz. W dzień pojedziemy razem do kliniki i zapytamy, czy można znaleźć dla nich kotkę karmiącą albo doświadczony dom tymczasowy. Jeśli się nie uda, ustalimy, jak podzielić opiekę.
— A jeśli nie pojadę?
— To pojadę sama. Ale nie licz już na to, że po cichu będę brała na siebie wszystkie konsekwencje twoich decyzji.
Odłożył kartkę na stół i poszedł do sypialni. Anna usłyszała, jak otwiera szafę, a potem znów wychodzi. Tym razem nie podszedł do łóżka, tylko zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na kocięta. Kotka uniosła głowę, ale nie syknęła.
— Są naprawdę malutkie — powiedział Thomas.
— Tak.
— Naprawdę myślałem, że kotka sobie poradzi.
— Mogłeś od razu do mnie zadzwonić. Albo do weterynarza. Zamiast tego wszystko zrobiłeś po kryjomu, a potem powiedziałeś, że nic nie wiesz.
Odwrócił wzrok. Nie przeprosił. Anna nie czekała na przeprosiny, zanim przygotowała mieszankę. Thomas w milczeniu przysunął krzesło do łóżka i trzymał latarkę, podczas gdy sprawdzała temperaturę butelki i karmiła pierwsze kocię. Potem wziął drugie. Ręce miał niezgrabne, ale po pierwszym pisku nie oddał malucha.
W klinice zbadano kocięta i potwierdzono, że na razie potrzebują stałej opieki. Nie udało się od razu znaleźć karmiącej kotki. Lekarz skontaktował się z osobami prowadzącymi domy tymczasowe i poprosił o czas na poszukiwania. Anna i Thomas uzgodnili, że zostawią maluchy u siebie na kilka dni, a potem wspólnie z kliniką zdecydują, co dalej. Nie dlatego, że wszystko nagle stało się łatwe, lecz dlatego, że nie można było zostawić ich bez pomocy.
W domu zapisali harmonogram karmienia na odwrocie kartki. Thomas zaznaczył godziny po swojej zmianie, a Anna te przypadające w nocy. Kiedy znów próbował powiedzieć, że w dzień musi się wyspać, Anna podsunęła mu długopis.
— W takim razie wybierz inną porę. Ale żadna rubryka nie zostanie pusta.
Przez chwilę milczał, po czym wpisał swoje imię przy dwóch dziennych karmieniach. Wieczorem Anna po raz pierwszy od wielu lat nie nastawiła mu czajnika po pracy. Thomas sam nalał sobie wody, sam odstawił transporter z przejścia i przed pójściem spać sprawdził, czy drzwi na werandę są zamknięte.
Kotka ułożyła się przy pudełku, a trzy maluchy spały w suchym gnieździe. Thomas nastawił budzik na porę swojego karmienia. Anna piła poranną herbatę sama, gdy on spał, i po raz pierwszy nie czuła, że musi zdążyć za nich oboje.