Lustro w sypialni odbijało aż nazbyt znajomy obraz: wygładzałam fałdy skromnej, szarej sukienki, kupionej trzy lata temu w zwykłym centrum handlowym. Obok stał Mark, skupiony na zapinaniu spinek do mankietów w śnieżnobiałej koszuli — włoskiej, jak lubił podkreślać przy każdej okazji.
— Gotowa? — zapytał, nie patrząc w moją stronę, strzepując niewidzialne drobinki kurzu z klap drogiej marynarki.
— Tak, możemy jechać — odpowiedziałam, poprawiając włosy po raz ostatni.
W końcu się odwrócił. W jego spojrzeniu pojawił się ten sam, dobrze mi znany cień rozczarowania. Mark powiódł po mnie wzrokiem od stóp do głów, zatrzymując się na sukience.
— Nie masz nic bardziej… odpowiedniego? — zapytał tonem, w którym zawsze pobrzmiewała protekcjonalność.
Te słowa słyszałam przed każdym firmowym wydarzeniem. Już nie raniły tak jak kiedyś — raczej kłuły, zostawiając tępy, znajomy ból. Nauczyłam się go nie okazywać. Uśmiechać się. Udawać, że mnie to nie dotyka.
— Ta sukienka jest w porządku — odpowiedziałam spokojnie.
Mark westchnął ciężko, jakby znów go zawiodłam.
— Dobrze, jedźmy. Tylko postaraj się za bardzo nie rzucać w oczy, dobrze?
*
Pobraliśmy się pięć lat temu. Ja właśnie skończyłam ekonomię, on pracował jako młodszy menedżer w firmie handlowej. Wtedy wydawał mi się ambitny, pewny siebie, pełen planów. Podobało mi się, jak mówił o przyszłości, jak przekonywał innych — i mnie też.
Z czasem Mark rzeczywiście awansował. Został starszym menedżerem sprzedaży, obsługiwał kluczowych klientów. Zarobione pieniądze inwestował głównie w wizerunek: drogie garnitury, szwajcarskie zegarki, nowe auto co dwa lata. — Wizerunek to podstawa — powtarzał. — Jeśli ludzie nie widzą, że jesteś sukcesem, nie będą z tobą robić interesów.
Ja pracowałam jako analityczka w niewielkiej firmie doradczej, zarabiałam skromnie i starałam się nie obciążać domowego budżetu zbędnymi wydatkami. Na firmowych kolacjach Marka zawsze czułam się obco. Przedstawiał mnie kolegom z ironicznym uśmiechem:
— To moja szara myszka, wyciągnąłem ją dziś do ludzi.
Wszyscy się śmiali. Ja też się uśmiechałam — jakby to było zabawne.
Z czasem zaczęłam zauważać, jak bardzo się zmienił. Sukces uderzył mu do głowy. Patrzył z góry nie tylko na mnie, ale i na swoich przełożonych.
— Wciskam tym frajerom towar robiony w Chinach — mówił wieczorami, popijając drogie whisky. — Liczy się opakowanie. Kupią wszystko.
Czasem sugerował „dodatkowe dochody”.
— Klienci cenią dobrą obsługę — mrugał porozumiewawczo. — I są gotowi za nią dopłacić. Bezpośrednio mnie. Rozumiesz?
Rozumiałam. I wolałam nie dopytywać.
Wszystko zmieniło się trzy miesiące temu, gdy zadzwonił notariusz.
— Pani Howard? Dzwonię w sprawie spadku po pani ojcu, Robercie Howardzie.
Serce ścisnęło mi się boleśnie. Ojciec odszedł od nas, gdy miałam siedem lat. Mama nigdy o nim nie mówiła. Wiedziałam tylko, że gdzieś żyje — beze mnie.
*
— Pani ojciec zmarł miesiąc temu — kontynuował notariusz. — Zgodnie z testamentem jest pani jedyną spadkobierczynią całego majątku.
To, czego dowiedziałam się później, wywróciło mój świat do góry nogami. Ojciec nie był tylko zamożny — stworzył prawdziwe imperium. Mieszkanie w centrum miasta, dom pod miastem, samochody… i przede wszystkim fundusz inwestycyjny posiadający udziały w dziesiątkach firm.
Przeglądając dokumenty, natknęłam się na nazwę, która sprawiła, że zamarłam: TradeInvest — firma, w której pracował Mark.
Przez pierwsze tygodnie żyłam w szoku. Każdego ranka budziłam się i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Markowi powiedziałam tylko, że zmieniłam pracę i zajęłam się inwestycjami. Wzruszył ramionami, mruknął coś o tym, że oby pensja nie była niższa niż poprzednia.
Zaczęłam zagłębiać się w sprawy funduszu. Wykształcenie bardzo mi pomagało, ale najważniejsze było to, że po raz pierwszy czułam, iż robię coś naprawdę ważnego.
Szczególnie zainteresowała mnie TradeInvest. Poprosiłam o spotkanie z dyrektorem generalnym, Thomasem Brennerem.
— Pani Howard — powiedział, gdy zostaliśmy sami w gabinecie — muszę być szczery. Firma ma poważne problemy, zwłaszcza w dziale sprzedaży.
— Proszę mówić.
— Jest jeden pracownik — Mark Wilson. Na papierze duże obroty, kluczowi klienci, ale zyski są znikome. Część umów wręcz stratna. Mamy podejrzenia, ale brakowało dowodów.
Poprosiłam o wewnętrzne dochodzenie, nie ujawniając powodów mojego zainteresowania.
Miesiąc później raport leżał na moim biurku. Mark przywłaszczał środki firmy, ustalając z klientami „osobiste bonusy” w zamian za zaniżone ceny. Kwoty były znaczące.
*
W tym czasie odświeżyłam garderobę. Bez ostentacji — dobre, klasyczne rzeczy od najlepszych domów mody. Mark niczego nie zauważył. Dla niego wszystko, co nie krzyczało ceną, nadal było „mysie”.
Wieczorem oznajmił, że następnego dnia mają ważne wydarzenie firmowe.
— Kolacja podsumowująca dla zarządu i kluczowych pracowników — powiedział z dumą. — Będzie całe kierownictwo.
— Rozumiem. O której mam być gotowa? — zapytałam.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Ciebie tam nie zabiorę. Będą porządni ludzie, to nie twój poziom — oznajmił. — To poważne spotkanie. Ludzie, którzy decydują o mojej przyszłości w firmie. Nie mogę wyglądać… no, wiesz.
— Niespecjalnie.
— Anna — spróbował złagodzić ton — jesteś dobrą żoną, ale obniżasz mój status. Przy tobie wyglądam na biedniejszego, niż jestem. Oni muszą widzieć we mnie równego sobie.
Zabolało. Ale już nie tak jak kiedyś. Teraz znałam swoją wartość. I znałam jego.
— Dobrze — powiedziałam spokojnie. — Baw się dobrze.
Rano Mark wyjechał w doskonałym humorze. Ja założyłam granatową suknię Diora — elegancką, stonowaną. Profesjonalny makijaż, idealna fryzura. W lustrze widziałam pewną siebie kobietę.
Restaurację znałam — jedną z najlepszych w mieście. Thomas powitał mnie przy wejściu.
— Miło panią widzieć. Wygląda pani wspaniale.
Sala była pełna ludzi w drogich garniturach. Rozmawiałam z dyrektorami, poznawałam kluczowe osoby. Wielu wiedziało już, kim jestem — choć nieoficjalnie.
Marka zauważyłam od razu. Wszedł pewnym krokiem, oceniając salę i swoje miejsce wśród „wybranych”. Nasze spojrzenia się spotkały. Najpierw niezrozumienie. Potem złość.
Podszedł gwałtownie.
— Co ty tu robisz?! — syknął. — Mówiłem, że to nie dla ciebie!
— Dobry wieczór, Mark — odpowiedziałam spokojnie.
— Natychmiast stąd wyjdź! Ośmieszasz mnie! — warknął. — I co to za przebranie? Znowu te twoje mysie ciuchy, żeby mnie upokorzyć?!
Powoli odstawiłam kieliszek na tacę kelnera i spojrzałam na niego uważnie — bez strachu, bez gniewu. Z niemal chłodną ciekawością.
*
— Przebranie? — powtórzyłam cicho. — Dziwne słowo z ust człowieka, który całe życie myli cenę z wartością.
Mark pobladł. Nachylił się bliżej.
— Natychmiast stąd wyjdziesz — wysyczał. — Albo sprawię, że nigdzie więcej cię nie wpuszczą. Nie wiesz, gdzie jesteś.
— Wiem — odpowiedziałam. — Dlatego tu jestem.
W tym momencie podszedł Thomas Brenner.
— Mark — powiedział spokojnie. — Nie spodziewałem się takiego tonu.
— To… prywatne nieporozumienie — wymamrotał Mark.
— Raczej nie — odparł Thomas i zwrócił się do mnie. — Anno, proszę wybaczyć. Czas zaczynać.
— Anno?.. — Mark zamarł. — Wy się znacie?
— Oczywiście — odpowiedział Thomas. — Anna Howard jest właścicielką pakietu kontrolnego funduszu, do którego należy TradeInvest.
Zapadła cisza.
— To… żart? — wyszeptał Mark.
— Nie. To rzeczywistość.
*
Reszta wydarzeń potoczyła się szybko i nieuchronnie.
Po oficjalnej części Thomas ogłosił decyzję o zawieszeniu Marka w obowiązkach do czasu zakończenia procedur prawnych.
— To pomyłka! — krzyknął Mark. — Anna, powiedz im! Jesteś moją żoną!
— Byłą — odpowiedziałam spokojnie. — Dokumenty rozwodowe są już u prawnika. Tak samo jak materiały z dochodzenia.
Wyszłam z sali bez oglądania się za siebie.
Za szklanymi drzwiami czekała noc — spokojna, pewna, prawdziwa.
Mój poziom nigdy nie był sukienką ani cudzym uznaniem.
Mój poziom to ja sama.