Klara postawiła walizkę córki przy drzwiach wejściowych i jeszcze raz sprawdziła, czy Emma nie zapomniała ładowarki. Dziewczynka jechała do babci Helen na wieś, a tym razem rzeczy pakowała jej sama mama: po śmierci męża Klara została z córką i mieszkaniem, w którym duża sypialnia wciąż stała zamknięta. Do powrotu Emmy, dwudziestego pierwszego lipca, chciała wreszcie urządzić jej pokój tak, jak sobie wymarzyła. Pieniędzy wystarczało tylko na materiały, więc Klara zamierzała pracować sama, wieczorami po zmianie.

Na dworcu autobusowym okazało się, że jednak zapomniała o szczoteczce do zębów. Klara kupiła w kiosku różową, z kreskówkowym kotem. Emma spojrzała najpierw na szczoteczkę, potem na mamę i nic nie powiedziała — tylko przytuliła ją mocniej niż zwykle. Wieczorem, kiedy została sama, Klara wyjęła z szafy kalendarz. Dwudziesty pierwszy dzień był dwukrotnie zakreślony na czerwono. Na lodówce leżała lista zakupów, a na stole — klucze do sypialni, której uporządkowanie odkładała już zdecydowanie zbyt długo.

W zeszycie do matematyki z czwartej klasy Klara znalazła rysunek, kiedy opróżniała biurko córki. Na ostatniej stronie narysowany był pokój: okno, półka na książki i pluszowego Zająca, szeroki parapet, na którym można czytać. Obok dziecięcą ręką zapisano: „Ściany jak miętowe lody”, „tapeta w ptaszki, jak obiecał tata”. A na samym dole, ledwie widoczne, ołówkiem wypisano: „Kiedyś”. Klara długo siedziała na podłodze, trzymając zeszyt na kolanach. Naprawdę razem z mężem wybierali tapetę w drobne ptaszki, ale wtedy nie zdążyli zająć się pokojem, potem życie się zmieniło, a Klara po prostu zamknęła drzwi.

Następnego dnia zaprosiła fachowca, żeby dowiedzieć się, ile będzie kosztować remont. Zmierzył ściany dalmierzem laserowym i podał cenę za remont pod klucz. Klara odprowadziła go, przeliczyła odłożone pieniądze i zobaczyła, że wystarczy na materiały, jeśli nie będzie wybierać drogich. Z tych samych oszczędności musiała jeszcze kupić Emmie mundurek, zimową kurtkę i buty na jesień. Nie zdecydowała się na wynajęcie ekipy. Wieczorem obejrzała kilka filmików o skuwaniu starego tynku i kładzeniu tapety, a obliczenia i wskazówki zapisała w zeszycie — na stronie przed rysunkiem córki.

Pierwsze upomnienie od Anny, sąsiadki z dołu, padło, gdy Klara zerwała już linoleum i zabrała się za ścianę przy oknie. Wróciła z pracy późno i nie zauważyła, jak minęła dziesiąta. Kiedy wyłączyła narzędzie, ktoś zapukał do drzwi. Anna poprosiła, żeby Klara nie hałasowała tak późno: żyrandol u niej drżał, a wieczorem kładła dziecko spać. Klara przeprosiła i obiecała kończyć wcześniej, ale wyjaśniła, że ma tylko jeden termin — córka powinna wrócić do gotowego pokoju. Anna odparła tylko, że to nie powód, by zapominać o sąsiadach, i odeszła.

Drugiego wieczoru Klara postanowiła obyć się bez młota udarowego. Wynosiła rzeczy, rozkręcała łóżko, zrywała starą okładzinę i pakowała gruz do worków. Pod linoleum ukazały się poszarzałe ze starości deski, a na jednej z nich — koślawy napis zrobiony flamastrem: „EMMA”. Córka zostawiła go jeszcze w wieku przedszkolnym, kiedy dorośli wymieniali podłogę. Klara zrobiła zdjęcie deski i zaniosła ją na balkon, żeby później ją zachować. Praca szła powoli, ale pod koniec wieczoru w pokoju nie było już starych mebli.

Następnego dnia trzeba było skuć tynk. Panował upał, okna były szeroko otwarte, a wentylator tylko rozganiał pył po pokoju. Klara skończyła późno; rano Anna spotkała ją na klatce schodowej i pokazała pranie suszące się na balkonie: biała poszewka była pokryta szarymi plamami. „Teraz mam jeszcze prać pościel od nowa przez twój remont?” — zapytała. Klara zaproponowała, że pokryje koszt prania, i obiecała osłonić drzwi balkonowe oraz zabezpieczyć wszystko, co się da, ale nie zgodziła się przerwać pracy. Anna powiedziała, że potrzebuje ciszy i czystego prania, a nie obietnic. Chciała, żeby hałas ustał i żeby nie musiała już odplamiać rzeczy; dla Klary każda stracona noc oznaczała ryzyko, że córka znów zobaczy za zamkniętymi drzwiami tę samą pustą sypialnię.

Trzeciego wieczoru przyszła kolej na młot udarowy i szlifierkę. Klara wiedziała, że sąsiedzi mogą złożyć skargę, a mimo to liczyła, że zdąży skończyć najgłośniejsze prace przed późną porą. O dwudziestej drugiej czterdzieści rozległ się dzwonek — natarczywy, jakby ktoś za drzwiami postanowił już dłużej nie czekać. Na progu stała Anna z tą samą białą poszewką, zabrudzoną szarym pyłem. Obok niej kręciło się jeszcze dwoje sąsiadów; jeden zmęczonym gestem przetarł twarz dłońmi i spojrzał w stronę sypialni. Anna zapytała, jak długo to jeszcze potrwa, i znów zaczęła mówić o żyrandolu i praniu. Klara przeprosiła za hałas, ale nie ustąpiła: do powrotu Emmy zostało mniej niż dwa tygodnie. Odsunęła się od drzwi, zapraszając ich, by zobaczyli, dlaczego nie można po prostu przerwać remontu. W sypialni świeciła goła żarówka, na podłodze leżały deski i worki z gruzem, a ściany pokrywały szare łaty. Na parapecie, przyciśnięty miarką, żeby nie porwał go przeciąg, leżał otwarty zeszyt z dziecięcym rysunkiem. Klara podeszła do okna, wyciągnęła go spod miarki i rzuciła na parapet.

— Nie ważcie się więcej żądać, żebym przestała: ten pokój będzie gotowy na powrót mojej córki — Klara wyrwała zeszyt spod miarki i rzuciła go na parapet…

Zeszyt przesunął się po parapecie i otworzył na stronie z rysunkiem. Klara sama nie spodziewała się, że tak gwałtownie wybuchnie. Anna cofnęła się o krok, ale nie opuściła poszewki.

— Nie krzycz na mnie — powiedziała. — Nie prosiłam, żebyś pokazywała mi dziecięce rysunki. Proszę tylko, żebyś nie hałasowała w nocy i nie zasypywała mojego prania pyłem.

— Ma pani rację co do hałasu — odpowiedziała Klara. Głos wciąż jej drżał, ale zmusiła się, by mówić spokojniej. — I co do pyłu. Ustalmy, co mogę zrobić, żeby nic więcej nie leciało na pani balkon.

Markus, sąsiad, który miał w domu małe dziecko, zmęczonym wzrokiem spojrzał na zegarek.

— Dzisiaj już nic nie rób. Jutro ustalimy godziny. Nie mogę każdej nocy od nowa usypiać malucha.

Daniel powiedział, że jemu też po pracy potrzebna jest cisza, po czym wyszedł za nim. Anna zatrzymała się w drzwiach.

— Przyniosę rachunek za pranie. Sama zaproponowałaś, że zapłacisz.

— Zapłacę.

— Dobrze. A teraz wszystko wyłącz i zabierz worki z korytarza. Z wózkiem ledwo się przecisnęłam.

Klara od razu wniosła worki do mieszkania i wyłączyła narzędzie. Anna nie podziękowała ani nie powiedziała, że teraz wszystko rozumie. Po prostu odeszła, zostawiając niezatrzaśnięte drzwi na klatkę schodową. Klara zamknęła je i wróciła do sypialni. Zeszyt leżał na parapecie obok miarki. Ołówkowa rama narysowanego okna była zgnieciona. Klara wygładziła stronę dłonią i schowała zeszyt z dala od pyłu.

Rano Anna zapukała już bez poszewki. W ręku trzymała rachunek z pralni.

— Proszę. Zaniosłam pranie, bo sama nie dałam rady go doczyścić.

Klara spojrzała na kwotę i sięgnęła po portfel. Od razu oddała pieniądze, choć potem musiała jeszcze raz przeliczyć, ile zostanie na materiały. Nie uszczupliła budżetu na mundurek i buty dla Emmy ani o grosz: będzie musiała zrezygnować z dodatkowych wydatków, ale na potrzebne rzeczy wciąż wystarczało.

— Założę folię na drzwi balkonowe i zasłonię otwór — powiedziała Klara. — Hałaśliwe prace będę wykonywać tylko w uzgodnionych godzinach. Proszę napisać, kiedy pani pasuje.

— Najbardziej pasuje mi, żeby w ogóle ich nie było — ucięła Anna. — Ale skoro i tak zamierzasz kontynuować, w sobotę od dziesiątej do pierwszej zabiorą dziecko na spacer. Później już niczego nie obiecuję. I nie włączaj znowu maszyny późnym wieczorem.

— Rozumiem.

Anna odeszła, a Klara zapisała sobotnie godziny na kartce i położyła ją przy drzwiach wejściowych. Nie po to, by udowodnić sąsiadom, kto ma rację, lecz żeby sama się nie pogubić: w tygodniu zostawało jej niewiele czasu, więc każda praca wymagała teraz porządku. Po zmianie przykrywała podłogę, zasłaniała wejście do pokoju starą prześcieradłem i zajmowała się tym, co nie hałasowało: czyściła pęknięcia, rozrabiała masę, wygładzała ścianę szeroką szpachlą. O dziesiątej wieczorem narzędzia były wyłączone, nawet jeśli miała ochotę dokończyć jeszcze jeden pas.

Dwadzieścia minut po ich rozmowie rozległo się kolejne pukanie. Anna stała na progu z rolką grubej, przezroczystej folii i taśmą malarską.

— Zostało mi po remoncie — powiedziała. — Zaklej drzwi balkonowe i próg. To nie znaczy, że zgadzam się znosić pył.

— Rozumiem. Dziękuję.

— Nie ma za co. Jeśli znowu zabrudzisz pranie, rachunków będzie więcej.

Anna położyła rolkę pod ścianą i odeszła. Klara nie uznała tego za pojednanie. Odmierzyła folię, zakleiła krawędzie i zasłoniła nią wyjście na balkon. Potem wyniosła worki z gruzem, nie zostawiając ich na klatce schodowej. Praca nie posuwała się przez to szybciej, ale pył przestał ciągnąć w stronę okna.

W sobotę Klara włączyła szlifierkę dokładnie o dziesiątej. Tym razem wcześniej zamknęła okno, przykryła podłogę i sprawdziła, czy drzwi do sypialni są przymknięte. Prace nadal było słychać, ale z dołu nikt nie stukał w rurę. O wpół do pierwszej Klara wyłączyła narzędzie, choć na jednej ścianie wciąż zostało nierówne miejsce. Wygładziła je ręcznie, powoli, papierem ściernym. Kiedy kilka minut później zadzwonił dzwonek, zdążyła pomyśleć, że znów coś zrobiła nie tak. Na korytarzu stała Anna. Spojrzała na zamknięte drzwi sypialni i zapytała:

— Umawiałyśmy się do pierwszej. Która jest godzina?

— Za pięć pierwsza.

— To zdążysz zetrzeć pył z klatki schodowej. Znowu są ślady przy twoich drzwiach.

Klara wzięła miotłę i zamieciła korytarz. Anna stała obok i patrzyła, ale nie pomagała. Kiedy śmieci zniknęły, skinęła głową i zeszła na dół.

Pod koniec następnego dnia ściany były wyrównane tak dobrze, jak Klara potrafiła zrobić to sama. Zagruntowała je i zaczęła wybierać wykończenie. Nie mieściła się w budżecie tapeta w ptaszki na wszystkich ścianach: musiałaby zrezygnować z części materiałów potrzebnych do przygotowania pokoju. Wybrała jeden niedrogi pas z drobnym wzorem na ścianę przy łóżku, a pozostałe postanowiła pomalować na delikatny miętowy kolor. W sklepie kilka razy sprawdziła ceny, przeliczyła rolki i odłożyła na półkę droższą opcję. Nie zrezygnowała z zakupu mundurka dla Emmy.

Tapetę kładła wieczorami, bez pośpiechu. Pierwszy pas przykleiła trochę krzywo, więc odkleiła go, zanim klej zdążył związać. Za drugim razem wyszło lepiej. Parapet musiała umyć dwa razy: najpierw ze starych śladów, potem z kropel farby. Zachowała zdjęcie podpisanej przez Emmę deski i postawiła ją z powrotem pod ścianą, choć podłogi nie było jeszcze widać spod ochronnej tektury. Nie chciała, żeby podczas kolejnego sprzątania deska znów zginęła wśród innych rzeczy.

Anna jeszcze dwa razy zaglądała na korytarz. Raz przypomniała, żeby usunąć pudło z przejścia, a innym razem zapytała, kiedy Klara skończy hałaśliwe prace. Klara pokazywała jej zapisany harmonogram. Anna za każdym razem sprawdzała godziny i odpowiadała krótko, bez uśmiechu. Po sobocie nie skarżyła się już na hałas późnym wieczorem. Nie zaprzyjaźniły się przez to, ale Klara przestała co wieczór czekać na dzwonek do drzwi.

Do dwudziestego lipca ściany wyschły, łóżko było złożone, a książki i pluszowego Zająca Klara ustawiła na półce. Umyła podłogę, wyniosła ostatnie ścinki i zdjęła folię z drzwi balkonowych. Na parapecie zostało miejsce na poduszkę, tak jak na rysunku. Położyła tam również zeszyt, otwarty na stronie z rysunkiem pokoju. Miarkę schowała do skrzynki z narzędziami.

Dwudziestego pierwszego lipca Emma weszła do sypialni, postawiła torbę przy łóżku i długo patrzyła na ścianę w ptaszki.

— Zostawiłaś mi dużo miejsca na parapecie — powiedziała.

— Żebyś mogła czytać.

Emma przesunęła palcem po grzbiecie zeszytu, ale go nie otworzyła. Potem zdjęła narzutę z łóżka i zawołała Klarę, żeby pomogła jej rozpakować rzeczy.

Wieczorem Klara zamknęła drzwi sypialni, ale nie przekręciła klucza. Następnego ranka Anna spotkała ją przy skrzynkach na listy i zapytała, czy wszystko jest już skończone. Klara odpowiedziała, że hałaśliwych prac już nie będzie. Anna skinęła głową, a Emma, stojąca obok mamy, przywitała się z nią. W mieszkaniu duża sypialnia znów stała się pokojem, do którego można było wejść.