Szara walizka przy starej szafie w przedpokoju znów była otwarta: Emma się spieszyła i nie zdążyła zapiąć bocznej kieszeni. Powiedziała, że wyjeżdża służbowo do piątku, pocałowała Thomasa i wyszła, zostawiając go w mieszkaniu, które odziedziczył po babci. Za drzwiami jak zwykle ucichły kroki, a na półce obok kluczy został obcy, czarny smartfon. Thomas uznał, że to służbowy telefon żony, o którym po prostu zapomniała.

Pierwszy telefon zastał go w kuchni. Z przedpokoju dobiegł nieznany, standardowy dzwonek — inny niż ten ustawiony w prywatnym telefonie Emmy. Thomas odebrał, ale połączenie urwało się, zanim zdążył dojść do aparatu. Odłożył go już na miejsce, gdy zadzwonił ponownie. Na ekranie widniał tylko numer, bez nazwy kontaktu. Thomas pomyślał, że ktoś próbuje pilnie skontaktować się z Emmą, i odebrał.

Kobiecy głos odezwał się bez powitania: „Emma, znowu zastawiłaś wyjazd! Trąbię już od dwudziestu minut. Przestaw samochód, mam ważne spotkanie”. Thomas chciał powiedzieć, że pomyliła numer, ale nieznajoma nie dała mu dojść do słowa. Dodała, że znowu już drugi raz ją zalewa, a na suficie w łazience znów pojawiły się zacieki. Thomas odsunął telefon od ucha: nad ich mieszkaniem była tylko piwnica.

— Chyba pomyliła pani numer. Tu Thomas — powiedział, gdy kobieta wreszcie umilkła.

Odpowiedziała, że nie może być mowy o pomyłce: przed jej klatką stoi szara Kija, numer 342, i rozpoznaje ten samochód z okna. Według niej Emma mieszka piętro wyżej, na czwartym, a sąsianka już niejeden raz musiała radzić sobie i z przeciekiem, i z zablokowanym wyjazdem. Kobieta mówiła z taką pewnością, jakby wyliczała dawno znane wszystkim fakty. Jej irytacja nie była bezpodstawna: spóźniała się i chciała, żeby samochód natychmiast usunięto.

Thomas spojrzał na zdjęcie Kii na półce. Razem z Emmą wybrali właśnie ten perłowoszary kolor, a numer 342 znał na pamięć. Nie było mowy o pomyłce co do samochodu. Ale adres, piętro i historia z łazienką w niczym nie pasowały do ich życia. Zapytał, skąd kobieta wie, że Emma jest teraz w domu, i usłyszał w odpowiedzi: „Widziałam ją w oknie. Niech pan nie udaje, że nie wie, o kim mówię”.

Thomas zakończył połączenie i zadzwonił na zwykły numer Emmy. Telefon najpierw długo dzwonił bez odpowiedzi. Napisał krótką wiadomość: „Szuka cię sąsiadka. Mówi o szarej Kii 342, czwartym piętrze i przecieku. Co się dzieje?”. Odpowiedź przyszła dopiero po chwili: „Zajmę się tym, kiedy wrócę. Nie rób sceny z powodu histerii jakiejś obcej kobiety”. W wiadomości nie było ani adresu, ani wyjaśnienia, dlaczego ich samochód widziano przed nieznaną klatką.

Thomas zadzwonił ponownie. Emma odebrała, ale zamiast wyjaśnień zapytała, dlaczego wziął jej służbowy telefon i po co rozmawia z obcymi. Przypomniał jej, że aparat leżał w ich domu i dzwonił dwa razy, a kobieta podała numer ich samochodu i twierdziła, że Emma mieszka piętro wyżej. „To sąsiadka, zawsze ma jakieś pretensje. Nie wtrącaj się, sama to załatwię” — powiedziała żona. Thomas zapytał, dlaczego w takim razie nie potrafi podać adresu i wyjaśnić, skąd wzięło się tam ich auto. Emma zamilkła na chwilę i powtórzyła, że porozmawiają po jej powrocie.

Thomas nie domagał się relacji z każdego kroku. Nie zamierzał jednak przyjmować za odpowiedź prośby, by nie zadawać pytań, skoro nieznajoma znała numer ich samochodu, skarżyła się na kolejny przeciek i uważała Emmę za swoją sąsiadkę z czwartego piętra. „Jeśli to zwykłe nieporozumienie, podaj adres — sam to sprawdzę” — powiedział. Emma ostro odparła, że nigdzie nie pojedzie i ma zostawić wszystko tak, jak jest. Po tych słowach połączenie się urwało.

Thomas znów znalazł się w przedpokoju. Na ekranie czarnego telefonu wciąż świecił nieznany numer; obok leżały klucze, a przy starej szafie stała otwarta szara walizka, którą Emma pakowała przed wyjazdem. Podniósł aparat, zadzwonił do żony i czekał, aż odbierze. Jeszcze raz spojrzał na ekran: nadal widniał na nim tylko numer. W mieszkaniu panowała cisza, przez co krótkie dzwonki wydawały się szczególnie natarczywe. Thomas odłożył telefon na półkę, ale niemal natychmiast znów go wziął — słowa nieznajomej nie składały się na przypadkową pomyłkę. — Wyjaśnij, dlaczego uważają cię za mieszkankę czwartego piętra, albo więcej tu nie wracaj — warknął Thomas, rzucając czarny telefon na szarą walizkę…

— Nie możesz decydować za mnie, dokąd mam wracać — odparła ostro Emma. — I nie waż się robić sceny z powodu słów jakiejś kobiety.

Thomas spojrzał na telefon trzymany w dłoni. Jeszcze minutę temu czekał na proste wyjaśnienie, a teraz usłyszał tylko rozkaz, żeby zamilkł. Nie zamierzał kłócić się przez głośnik. Powiedział, że oddzwoni, kiedy będzie gotowa podać adres i wyjaśnić, dlaczego tamtejsi sąsiedzi rozpoznają ich samochód, po czym zakończył połączenie.

Emma natychmiast wysłała wiadomość: „Nie przyjeżdżaj. Sama wszystko załatwię”. Thomas przeczytał ją dwa razy, ale nie odpowiedział. Odłożył służbowy telefon na półkę, wziął swój i wybrał numer, który wyświetlił się na ekranie nieznajomej. Kobieta odebrała dopiero po chwili.

— Tu Thomas. Dzwoniła pani na telefon Emmy. Chciałbym poznać adres, o którym pani mówiła.

Kobieta przedstawiła się jako Helen i podała nazwę ulicy oraz numer domu. W jej głosie wciąż słychać było irytację: naprawdę się spieszyła i nie zamierzała odwoływać spotkania, by tłumaczyć się komuś obcemu. Kiedy jednak usłyszała, że Thomas chce sprawdzić, czy się nie pomyliła, podyktowała adres i poprosiła tylko, żeby nie zostawiać samochodu w poprzek wyjazdu.

— Ona często tam bywa — dodała Helen. — Nie śledzę pańskiej żony, mam dość własnych spraw. Ale ten samochód ciągle u nas stoi. A po ostatnim przecieku nie mogę już spokojnie patrzeć na sufit w łazience.

Thomas zapytał, kiedy to się stało. Helen powiedziała, że pierwszy raz kilka miesięcy temu, a drugi — całkiem niedawno. Emma do niej przychodziła, obiecywała, że się tym zajmie, a potem znikała. Thomas nie prosił jej, by opowiadała cudze rozmowy. Podziękował i zapisał adres na kartce leżącej obok kluczy.

Szara Kija stała na podwórzu wskazanego domu. Thomas rozpoznał ją już z ulicy po wgnieceniu przy tylnym błotniku, które zamierzali naprawić, ale ciągle to odkładali. Tym razem samochód nie blokował przejazdu, ale Helen, która wyjrzała z klatki, od razu go zauważyła.

— No właśnie — powiedziała, wskazując na samochód. — Mówiłam, że go nie pomyliłam.

Nie zaprosiła Thomasa do siebie ani nie próbowała go pocieszać. Pokazała mu tylko z korytarza ślady na suficie w łazience: szare zacieki przy ścianie i świeży pasek, który pojawił się obok kratki wentylacyjnej. Thomas zapytał, czy kogoś wzywała. Helen odpowiedziała, że zgłosiła sprawę zarządcy budynku i czeka, aż ten obejrzy strop. Chciała, żeby mieszkańcy z góry przestali udawać, że nic się nie stało.

Thomas wszedł na właściwe piętro i zadzwonił do drzwi. Nikt nie otworzył. Nie próbował naciskać klamki ani zaglądać przez okna. Zadzwonił do Emmy. Odebrała po drugim sygnale.

— Gdzie jesteś? — zapytał.

— Przecież mówiłam: nie przyjeżdżaj.

— Już tu jestem. Samochód też. Helen pokazała mi sufit. Otwórz, proszę.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem Emma powiedziała, że będzie za dwadzieścia minut. Thomas zszedł na dół i został przy wejściu. Nie chciał rozmawiać z nią przez zamknięte drzwi, ale nie zamierzał też odjeżdżać i znowu zostawiać wszystkiego na jej obietnicę, że „zajmie się tym później”.

Emma pojawiła się prawie pół godziny później, z materiałową torbą w ręku. Na widok męża nie wyglądała na zaskoczoną — tylko zmarszczyła brwi.

— Po co urządziłeś to przy sąsiadce?

— Przyjechałem sprawdzić, czy nie pomyliła samochodu i adresu.

— Sprawdziłeś. Teraz jedź.

Wyjęła klucze, ale Thomas nie ruszył w stronę drzwi. Emma obejrzała się na schody, jakby miała nadzieję, że rozmowę da się odłożyć na dogodniejszy moment. W końcu jednak otworzyła mieszkanie. Na półce na buty stały jej czółenka, na ścianie wisiał płaszcz, który Thomas uważał za zostawiony w samochodzie. W przedpokoju stały dwie torby i nieznana mu męska kurtka.

Z pokoju wyszedł Marcus. Zatrzymał się na widok Thomasa i spojrzał najpierw na Emmę, a potem na niego.

— Nie wiedziałem, że przyjedziesz — powiedział.

— Ja też nie wiedziałem, że powinienem tu przyjechać — odpowiedział Thomas.

Emma postawiła torbę na podłodze.

— Marcus nie ma z tym nic wspólnego. To sprawa między nami.

— W takim razie wyjaśnij, dlaczego twój samochód stoi pod tym domem, dlaczego sąsiadka uważa cię za swoją sąsiadkę i dlaczego kilka razy prosiła cię o usunięcie przecieku.

Emma powiedziała, że mieszkanie jest wynajmowane i że czasem tam bywa. Marcus potwierdził, że są razem od dawna. Nie podawał szczegółów, a Thomas o nie nie pytał. Wystarczyło mu, że słowa Helen okazały się prawdą, a wiadomości o delegacjach nie miały związku z tym, gdzie Emma spędzała wieczory i noce.

— Zamierzałaś mi powiedzieć? — zapytał Thomas.

— Kiedyś. Nie dzisiaj i nie na korytarzu.

— A wyjazd do piątku?

— Potrzebowałam czasu.

— Na co?

Odwróciła wzrok. Potem powiedziała, że nie chciała wracać do rozmowy, którą od dawna odkładała. Thomas zauważył, jak łatwo wcześniej przyjmował jej krótkie wiadomości o opóźnieniach, zleceniach i późnych spotkaniach. Nie prosił o plan dnia ani nie sprawdzał każdej podróży: uważał, że nie mają ku temu powodów. Emma przywykła, że jego zaufanie daje jej swobodę, a jego pytania można uciszyć obietnicą rozmowy po powrocie.

Tym razem to zwykłe odwlekanie nie zadziałało. Thomas nie podnosił głosu i nie żądał, żeby Marcus wyszedł. Zapytał Emmę, kiedy zabierze swoje rzeczy z jego mieszkania.

— Nie zamierzam rzucać wszystkiego i przeprowadzać się na twoje polecenie — odpowiedziała.

— Nie proszę, żebyś spakowała się w pięć minut. Ale nie będziesz mieszkać ze mną tak, jakby nic się nie stało. Mieszkanie odziedziczyłem po babci. Resztę omówimy osobno, spokojnie i na podstawie dokumentów.

Emma przypomniała, że samochód wybierali razem. Thomas się zgodził: „Kii” też nie da się podzielić jednym zdaniem. Nie rozstrzygali jej losu na klatce schodowej. Uzgodnili, że nie sprzedadzą ani nie przerejestrują samochodu, dopóki nie porozmawiają o kosztach i dokumentach. Thomas poprosił ją, żeby nie korzystała ze służbowego telefonu, który zostawiła u niego, i podał jej aparat. Emma wzięła go bez słowa podziękowania.

W piątek przyjechała do mieszkania, tak jak obiecała na początku tygodnia, ale tym razem nie z walizką na kolejną delegację. Thomas wcześniej spakował jej osobiste rzeczy do pudeł, nie ruszając wspólnych dokumentów ani tego, co należało do nich obojga. Emma obejrzała pudła i powiedziała, że mógł chociaż zapytać, czego potrzebuje. Odpowiedział, że odda jej wszystko, o co poprosi, ale nie będzie udawać, że ich dotychczasowe życie toczy się jak dawniej.

Przejrzeli dokumenty dotyczące Kii i zapisali, jakie wydatki każde z nich pamiętało. Część paragonów znalazła się w szufladzie biurka, resztę trzeba było jeszcze ustalić. Thomas powiedział, że zanim cokolwiek podzielą lub podpiszą, oboje skonsultują się ze specjalistą. Emma nie protestowała, ale też nie przeprosiła. Między nimi nie było już tego beztroskiego „porozmawiamy później”, którym wcześniej kończyła każdą niewygodną rozmowę.

Przed wyjściem zatrzymała się przy szarej walizce. Stała obok starej szafy, teraz zapięta i pusta. Emma wzięła swoje pudło i wyszła. Thomas zamknął drzwi na klucz i wrócił do kuchni. W mieszkaniu zostały jego rzeczy, dokumenty dotyczące lokalu i cisza, której nie musiał już nasłuchiwać w oczekiwaniu na jej telefon.