— Naprawdę myślisz, że uwierzę w „pilne zebranie” w sobotni wieczór, Wiktor? — Emma stała w progu drzwi z założonymi na piersi rękami i patrzyła, jak mąż nerwowo wciska do skórzanej teczki ładowarkę do telefonu i zapasową koszulę. W jej spojrzeniu mieszały się niedowierzanie, zmęczenie i ta chłodna determinacja, która pojawia się wtedy, gdy cierpliwość się kończy.

*

— Emmo, no nie zaczynaj, dobrze? — Wiktor nawet się nie odwrócił, dalej grzebiąc w szufladzie komody. Jego ruchy były gwałtowne, jakby się spieszył, jakby każda sekunda miała znaczenie. — Pali się kontrakt z Chińczykami. Wiesz przecież — strefy czasowe i te sprawy. Jeśli teraz nie dogadamy dostaw, firma straci miliony. Chcesz, żebyśmy zostali bez premii przed Nowym Rokiem?

— Chińczycy, mówisz? — Emma uśmiechnęła się krzywo, a w jej głosie brzmiało nie tyle rozbawienie, co gorzka rezygnacja. — A dlaczego do rozmów z Chińczykami potrzebny ci nowy perfum, którym wylałeś na siebie pół flakonu pięć minut temu? Oni przez Zooma czują zapach?

Wiktor znieruchomiał na moment, jego ramiona zesztywniały, jakby przyłapano go na gorącym uczynku. Po chwili jednak nałożył maskę urażonej niewinności i odwrócił się do żony.

— To zwykła higiena, Emmo. I szacunek dla partnerów. Spotykamy się w restauracji, w osobnym gabinecie. Muszę wyglądać i pachnieć reprezentacyjnie.

— W restauracji… — powtórzyła cicho, robiąc krok w jego stronę. — A myślałam, że mówiłeś o spotkaniu w biurze.

— Zaczynamy w biurze, potem jedziemy na kolację. Dość już tego przesłuchiwania! — zirytowany zatrzasnął zamek teczki. — Robię to dla nas. Dla rodziny. A tak w ogóle zamówiłem kuriera, coś ci przywiozą. Drobiazg, ale miły. Żebyś się nie gniewała.

Emma uniosła brwi ze zdziwieniem. Prezenty bez okazji Wiktor przestał robić jakieś pięć lat temu. Zazwyczaj kończyło się na obowiązkowych tulipanach na Dzień Kobiet i bonie do drogerii na urodziny. Ten nagły gest wyglądał podejrzanie.

— Co zamówiłeś? — zapytała spokojnie, uważnie obserwując jego twarz.

— Niespodzianka — mruknął, sprawdzając powiadomienia w telefonie i wyraźnie unikając jej wzroku. — Zestaw do kąpieli, twój ulubiony żel czy coś w tym stylu. Zrelaksujesz się wieczorem, kiedy ja będę pracował.

Szybko pocałował ją w policzek, odsunął się i już po chwili trzasnął drzwiami. W mieszkaniu został ciężki zapach drogich perfum i uczucie pustki.

Kurier przyjechał po czterdziestu minutach. Emma w milczeniu podpisała odbiór i zaniosła pudełko do sypialni. Nie spieszyła się z otwarciem, jakby bała się potwierdzenia własnych podejrzeń. W końcu jednak ciekawość i niepokój zwyciężyły. W środku, pod szeleszczącą bibułą, leżała alowa, bardzo odważna sukienka — zbyt śmiała, zbyt efektowna, zupełnie nie w jej stylu. Materiał był drogi, krój wyzywająco precyzyjny, jakby dobrany do konkretnej sylwetki i konkretnego wieczoru.

Emma pobladła. Wiedziała na pewno: ta sukienka nie była dla niej.

Gdy Wiktor wrócił późno w nocy i zobaczył ją w tej alowej sukience, jego twarz wykrzywiła się, a głos przeszedł w krzyk:

— Zdejmij to, to pomyłka!…

*

— Zdejmij to, to pomyłka!… — Wiktor cofnął się gwałtownie, jakby uderzył w niewidzialną ścianę, i wpatrywał się w Emmę szeroko otwartymi oczami. Jego twarz traciła kolor z każdą sekundą, a teczka w dłoniach zaczęła mu drżeć.

Emma powoli odwróciła się, pozwalając, by światło z korytarza przesunęło się po alowej tkaninie. Zauważyła, jak jego wzrok automatycznie zatrzymał się na znajomych detalach — dekolcie, cienkich ramiączkach, linii talii. Rozpoznał tę sukienkę. Zbyt szybko.

— Pomyłka? — zapytała spokojnie, choć w środku wszystko jej drżało. — Dziwne. Kurier, adres, płatność — wszystko się zgadzało. Czyli pomyliła się nie firma dostawcza?

Wiktor nerwowo przełknął ślinę.

— Emmo, posłuchaj… to nie jest tak, jak myślisz — zrobił krok w jej stronę, po czym się zatrzymał, jakby bał się podejść bliżej. — Ja… pomyliłem zamówienie. Tak, po prostu. To… dla klientki. Prezent. Biznesowy savoir-vivre.

Zaśmiała się krótko. Śmiech był suchy i obcy.

— Dla klientki? — Emma powoli przesunęła palcami po materiale. — Dajesz klientkom tak odważne, alowe sukienki? Ciekawe, czy to nowy standard relacji biznesowych, czy coś mnie ominęło.

Opuścił wzrok. W tym geście było więcej przyznania się do winy niż w jakichkolwiek słowach.

— Jak długo, Wiktor? — jej głos był cichy, co czyniło go jeszcze bardziej niepokojącym. — Miesiąc? Pół roku? Rok?

— To… nieważne — wymamrotał. — To nic nie znaczy.

— Dla ciebie — skinęła głową. — Dla mnie znaczy wszystko.

Zrobiła krok naprzód, zmuszając go do cofnięcia się. Stanęli bardzo blisko, aż Wiktor musiał podnieść głowę.

— Wiesz, co boli najbardziej? — kontynuowała. — Nie sukienka. Nawet nie ona. Tylko to, jak łatwo kłamałeś. Jak patrzyłeś mi w oczy i mówiłeś o rodzinie, premii, Chińczykach… i byłeś pewien, że uwierzę.

— Chciałem wszystko naprawić — wydusił w końcu. — To był… kryzys. Miałem to zakończyć.

— Oczywiście — Emma uśmiechnęła się gorzko. — Zaraz po tym, jak podarujesz jej sukienkę i pójdziesz na „zebranie”.

Odwróciła się, jednym zdecydowanym ruchem zdjęła sukienkę i starannie położyła ją na oparciu krzesła. Ten gest był ostateczny, jak postawiona kropka.

*

— Jutro składam pozew o rozwód — powiedziała, nie odwracając się. — Dokumenty są już gotowe. Długo zamykałam oczy, Wiktor. Ale dziś pomogłeś mi je otworzyć.

— Emmo… — zrobił ostatni, rozpaczliwy krok. — Daj mi szansę.

Odwróciła się. W jej spojrzeniu nie było już bólu — tylko zmęczenie i spokój.

— Wykorzystałeś już wszystkie szanse — odpowiedziała. — A teraz proszę, zabierz swoje rzeczy i idź. Tam, gdzie na ciebie czekają w alowym.

Wiktor stał jeszcze przez kilka sekund w milczeniu, po czym powoli postawił teczkę na podłodze, jakby zrozumiał, że nigdzie już się nie spieszy. Było jednak za późno. Emma zamknęła drzwi sypialni, zostawiając go samego — z prawdą, od której tak długo uciekał.