Mój mąż spojrzał na noworodka zaraz po porodzie i z kpiącym uśmiechem powiedział:
„Trzeba zrobić test DNA, żeby mieć pewność, że to moje dziecko”.
*
Poczułam się, jakby mnie uderzono. Gdy przycisnęłam maleństwo do piersi, łzy natychmiast napłynęły mi do oczu.
A kilka dni później lekarz spojrzał na wyniki testu DNA i powiedział:
„Musi pani wezwać policję…”
Zaraz po porodzie położono mojego syna na mojej piersi — był ciepły, poruszający się, idealny.
Wciąż trzęsłam się z napięcia: ciało było skrajnie wyczerpane, a jednocześnie w środku szalał dziwny, niemal przerażający przypływ euforii. Pielęgniarki krzątały się wokół — sprawdzały parametry, poprawiały koce, cicho gratulowały, starając się nie zakłócić tej kruchej chwili.
Mój mąż, Michael, stał u stóp łóżka z założonymi rękami. Z tym samym wyrazem twarzy co w ostatnich miesiącach: na wpół drwiącym, na wpół podejrzliwym. Jakby był tam nie dla mnie ani dla dziecka — lecz po to, by coś sprawdzić.
Pochylił się, spojrzał na niemowlę przez dwie sekundy — i uśmiechnął się kpiąco.
— Trzeba zrobić test DNA, żeby upewnić się, że to moje.
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. W sali zapadła taka cisza, że słyszałam równomierne, monotonne piknięcie monitora medycznego. Pielęgniarka znieruchomiała z tabletem w rękach. Lekarka, która prowadziła poród, mrugnęła — jakby nie od razu uwierzyła w to, co usłyszała.
Przycisnęłam dziecko jeszcze mocniej do siebie. W środku nagle obudziła się jakaś zwierzęca, rozpaczliwa potrzeba ochrony, o której istnieniu wcześniej nawet nie wiedziałam. Łzy paliły mnie w oczach, ale ze wszystkich sił starałam się nie rozpłakać.
— Michael… — powiedziałam. — Dlaczego mówisz to teraz?
Wzruszył ramionami, jak ktoś znudzony:
— Daj spokój. Chcę tylko mieć pewność. Wiesz… różnie bywa.
— Nie ze mną — wyszeptałam, a głos mi się załamał. — I nie z nami.
*
Ale on już wszystko zniszczył. Pielęgniarka spojrzała na mnie z takim współczuciem, że zabolało jeszcze bardziej. A Michael zachowywał się tak, jakby nie powiedział nic szczególnego. Jakby to ja dramatyzowała. Jakby to nie było oskarżenie, lecz zwykła, codzienna prośba.
Następnego dnia naciskał jeszcze bardziej. Poprosił pielęgniarkę, aby odnotowała jego żądanie w dokumentacji. Na korytarzu — celowo głośno — powiedział o tym mojej mamie, jakby zbierał publiczność. A gdy błagałam go, żeby poczekał — aż będziemy w domu, aż choć trochę dojdę do siebie, aż po prostu będę mogła normalnie oddychać — odpowiedział chłodno:
— Jeśli nie masz nic do ukrycia, nie powinno ci to przeszkadzać.
I zgodziłam się.
Nie dlatego, że coś mu byłam winna.
Ale dlatego, że chciałam, by to oskarżenie umarło — czarno na białym, na papierze.
Wymaz z policzka — ode mnie.
Wymaz — od Michaela.
Maleńki wymaz — od dziecka, które niezadowolone pomrukiwało w moich ramionach, nie mając pojęcia, w jakim absurdzie bierze udział.
W laboratorium powiedzieli: kilka dni.
Michael chodził po sali jak człowiek, który już uważa się za zwycięzcę. Wszystkim opowiadał, że „potrzebuje tylko spokoju”. Że „ma prawo znać prawdę”. Nawet się uśmiechał — zbyt pewnie.
Trzeciego dnia moja położna poprosiła, żebym przyjechała do szpitala — „na krótką konsultację”.
Michael nie pojechał. Powiedział, że jest „zajęty”.
Pojechałam sama. Z dzieckiem w nosidełku.
Po drodze przekonywałam samą siebie, że lekarz przeprosi za niepotrzebne nerwy, powie coś zdawkowego o kryzysach rodzinnych i hormonach — i wrócimy do domu.
Ale gdy weszła do gabinetu z zapieczętowaną kopertą w rękach, jej twarz była blada i napięta.
Nawet nie usiadła.
Spojrzała na mnie, zatrzymała wzrok — zbyt długo — i bardzo cicho powiedziała:
— Musi pani wezwać policję…
Zastygłam w bezruchu.
— Policja? Dlaczego? — zapytałam w końcu, białym głosem.
Lekarka wreszcie usiadła na krześle. Powoli spleciła dłonie, jak ktoś, kto wie, że żadne zdanie nie będzie łatwe.
— Test DNA jest jednoznaczny — powiedziała. — To dziecko jest pani. I jest również dzieckiem pani męża.
Powietrze gwałtownie wróciło do moich płuc.
— Więc nie rozumiem…
— To nie sam test nas niepokoi — ciągnęła. — To pani mąż.
Otworzyła teczkę, ale mi jej nie podała.
— Gdy tylko przyszły wyniki, laboratorium skontaktowało się z nami. Pani mąż dzwonił wielokrotnie. Podnosił głos. Domagał się natychmiastowej kontranalizy. A potem zapytał…
Zawahała się na ułamek sekundy.
— Zapytał, jak „prawnie zrzec się” dziecka, które zostało potwierdzone jako jego.
Serce zabiło mi nierówno.
— Zrzec się?
— Uchylić się od wszelkiej odpowiedzialności rodzicielskiej. Szybko. Zanim zapadnie jakakolwiek ostateczna, oficjalna decyzja.
Nagle poczułam się strasznie zmęczona.
— On nie chciał dziecka — wyszeptałam. — Zawsze to mówił. Ale myślałam, że…
— To nie pierwszy raz — dodała cicho.
Podniosłam głowę.
— Jak to?
— Sprawdziliśmy wewnętrzne zgłoszenia medyczne. Pani mąż pojawia się już w dwóch wcześniejszych aktach. Dwie różne kobiety. Dwie ciąże.
Zrobiła przerwę.
— W obu przypadkach domagał się testów, kwestionował wyniki, a po potwierdzeniu ojcostwa wywierał silną presję. Groźby, krzyki, próby przymusu, by matki „znalazły rozwiązanie”.
— Rozwiązanie… — powtórzyłam, lodowata.
— Porzucenie — powiedziała bez ogródek. — Albo zniknięcie.
Zerwałam się na równe nogi, mocno przyciskając syna do siebie.
— On mu nic nie zrobi.
— Nie celowo — odpowiedziała. — Ale mężczyzna, który czuje się uwięziony, może stać się niebezpieczny. A dziś pani mąż czuje się uwięziony.
*
Wsuwając wizytówkę na biurko, dodała:
— Policja nie jest tu po to, by go oskarżyć. Jest tu po to, by zapobiec tragedii.
Wróciłam do domu z twardym, bolesnym węzłem w piersi.
Michael już tam był.
Chodził tam i z powrotem po salonie. Gdy tylko mnie zobaczył, odwrócił się w moją stronę, a w jego oczach błyszczała ledwo powstrzymywana wściekłość.
— I co? — rzucił. — Powiedz, że ten cholerny test jest fałszywy.
Nie odpowiedziałam od razu.
— To jest twój syn, Michael.
Cisza trwała dokładnie dwie sekundy.
Potem wybuchł.
— Nie. Nie. Tylko nie to. Nie znowu.
Uderzył pięścią w oparcie kanapy.
— Mówiłem ci, że tego nie chcę! Zastawiłaś na mnie pułapkę!
— Wiedziałeś, że ja chciałam tego dziecka — odpowiedziałam, zaskakująco spokojna.
— Powinnaś była się go pozbyć! — wrzasnął. — Tak jak zrobiły to inne!
Słowa padły. Nagie. Nieodwracalne.
Zatrzymał się nagle, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział.
— Inne…? — powtórzyłam.
Odwrócił wzrok.
— Nie rozumiesz, jak to jest. Być uwięzionym. Znowu. Dziecko to koniec.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
Na klatce schodowej stało dwóch policjantów.
Michael spojrzał na nich, potem na mnie.
W jego oczach nie było już gniewu. Tylko strach.
— To ty ich wezwałaś? — wyszeptał.
— Tak — odpowiedziałam. — Dla naszego syna.
Nie stawiał oporu, gdy poprosili go, by poszedł z nimi „na rozmowę”.
Tej nocy spałam z zamkniętymi na klucz drzwiami sypialni, przyciskając do siebie moje dziecko.
Trzy tygodnie później zapadła decyzja:
uznanie ojcostwa utrzymane,
prawo do kontaktów zawieszone,
obowiązek podjęcia terapii psychologicznej.
Michael nie odwołał się.
Dziś, gdy patrzę, jak mój syn uśmiecha się przez sen, wiem jedno:
Biologicznie był jego ojcem.
Ale zostać ojcem…
Michael nigdy nie potrafił.