— Dosyć. Proszę wyjść z mojego domu — Anna nie wytrzymała i wygoniła teściową sprzed stołu przy wszystkich gościach.
*
Anna obudziła się o szóstej rano, choć budzik był nastawiony na siódmą. Serce biło jej jak oszalałe, jakby nie przygotowywała się do urodzin męża, lecz do egzaminu, od którego zależało całe jej życie. Trzydzieści lat — Marka. Dwudziestu gości. I wśród nich — Marie-Claire, jej teściowa.
Obok cicho pochrapywał Marek, rozrzuciwszy ręce na kołdrze. Jutro miał iść do pracy, ale wczoraj do późna zajmował się projektorem, ustawiał prezentację ze zdjęciami z dzieciństwa. Anna ostrożnie wysunęła się spod jego dłoni i poszła do kuchni. Kot Leo otarł się o jej nogi, miauknąwszy żądająco.
— Tak, tak, już — szepnęła Anna, wsypując karmę.
Otworzyła lodówkę i zaczęła wyjmować produkty: mięso na pieczeń, warzywa na sałatki, śmietankę do tortu. Wszystko kupione wcześniej, w najlepszych sklepach. Wydała połowę swojej premii. Marek proponował zamówić catering, ale Anna odmówiła. Nie mogła dać Marie-Claire kolejnego powodu do krytyki.
„Nawet nie chce gotować dla syna” — usłyszałaby na pewno.
O ósmej rano kuchnia pachniała już pieczonym mięsem, a na stole stały talerze z przekąskami. Anna przygotowywała pieczeń — popisowe danie według przepisu babci — gdy w drzwiach pojawił się Marek.
— Anno, czemu tak wcześnie? — ziewnął, przeciągając się. — Pomógłbym ci.
— Śpij. Dziś twoje święto.
— Nasze — poprawił i objął ją od tyłu. — Nie denerwuj się. Wszystko będzie dobrze.
*
Anna przytuliła się do niego, czując, jak napięcie powoli odpuszcza. Marek zawsze potrafił ją uspokoić. Właśnie za to pokochała go cztery lata temu — za poczucie bezpieczeństwa, które dawał. Nawet wtedy, gdy wokół szalała burza w postaci jego matki.
Marie-Claire nie zaakceptowała ich związku od pierwszego dnia. A właściwie — nie zaakceptowała Anny. Przed nią Marek spotykał się z Sophie — cichą, domową dziewczyną, marzącą o dzieciach i rodzinnym gniazdku. Marie-Claire była nią zachwycona, już planowała ślub. A potem pojawiła się Anna — z dyplomem prawniczki, ambicjami i pracą do dziewiątej wieczorem. I Marek zakochał się bez pamięci.
— Karierowiczka. Wyskoczyła jak spod ziemi i zawróciła głowę mojemu chłopcu — powiedziała wtedy teściowa.
Minęły trzy lata. Pobrali się. Najpierw wynajmowali mieszkanie, potem wzięli kredyt. Anna została starszą prawniczką w firmie. A Marie-Claire wciąż nie potrafiła się z tym pogodzić.
Na każdym rodzinnym spotkaniu — urodzinach teścia, Bożym Narodzeniu, Wielkanocy — znajdowała sposób, by wbić szpilkę. Najpierw były aluzje: „Sophie piekła takie ciasta, palce lizać” albo „Kiedyś Marek wracał wcześniej do domu, a teraz ciągle pracuje — bo nikt tu nie czeka”. Potem było gorzej: „Kiedy wreszcie wnuki?” i „Kariera karierą, ale o rodzinie też trzeba myśleć”.
Anna znosiła to w milczeniu. Unikała spotkań, kiedy tylko mogła. Ale rodzinnych uroczystości nie dało się całkiem ominąć.
I dziś wszyscy mieli przyjść do ich domu. Do ich domu. A Anna musiała być idealną gospodynią. Musiała udowodnić, że jest godna ich syna.
O czwartej po południu mieszkanie lśniło czystością, stół uginał się od jedzenia, a Anna — w nowej, eleganckiej granatowej sukience — witała pierwszych gości. Przyszli koledzy Marka z pracy, kuzyni z żonami, ciocia Claire i wuj Jean. Śmiech, prezenty, kwiaty.
Marie-Claire i jej mąż Paul pojawili się ostatni. Ona — w surowym kostiumie, z niezadowoloną miną. Marek rzucił się, by ich przywitać.
— Mamo, tato! Nareszcie!
— Dobry wieczór — powiedziała Marie-Claire, rozglądając się krytycznie. — Jaki tu bałagan. Buty tak byle jak. I kot znowu wszędzie. Marku, przecież wiesz, że mam alergię.
Anna przełknęła ślinę. Buty stały równo. A Leo spał spokojnie na parapecie.
Przy stole Marie-Claire nie tknęła żadnego dania.
— Boję się eksperymentów kulinarnych — oznajmiła. — Sophie gotowała lżej.
Anna poczuła, jak narasta w niej złość.
Gdy Marie-Claire po raz kolejny zaczęła mówić o dzieciach i karierze Anny, coś w niej pękło. Wstała gwałtownie, a krzesło z hukiem odsunęło się do tyłu. W pokoju zapadła cisza.
— Powtórz to jeszcze raz — powiedziała powoli Anna, patrząc teściowej prosto w oczy — a pożałujesz, że w ogóle przekroczyłaś próg mojego domu.
*
Marie-Claire odchyliła się na oparcie krzesła. Uśmiech zniknął z jej twarzy w jednej chwili.
— Grozisz mi? — zapytała lodowato. — W moim wieku?
— Proszę przestać — odpowiedziała spokojnie Anna. — To mój dom. I to są urodziny pana syna.
— Anna… — Marek wstał i położył jej dłoń na plecach. — Uspokójmy się.
— Nie — ucięła Marie-Claire. — Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa? Oddałam ci całe życie!
— „Ona” jest moją żoną — powiedział nagle stanowczo Marek. — I przekraczasz granice.
Zapadła cisza.
— Więc wybierasz ją — wyszeptała Marie-Claire.
— Wybieram szacunek — odpowiedział. — Do siebie i do Anny.
Marie-Claire wstała gwałtownie.
— Nie mam tu czego szukać.
Anna otworzyła drzwi.
— Do widzenia. Proszę więcej nie przychodzić bez zaproszenia.
Nikt jej nie zatrzymał.
Gdy goście wyszli, Anna usiadła na kanapie. Leo wskoczył jej na kolana. Marek usiadł obok, ścisnął jej dłoń.
— Przepraszam, że tak długo milczałem — powiedział cicho.
— Ważne, że dziś — odpowiedziała.
— Wiesz… — dodał po chwili. — To nie były tylko moje urodziny. To był dzień, w którym naprawdę dorosłem.
Anna uśmiechnęła się lekko i po raz pierwszy od dawna poczuła, że ten dom naprawdę jest ich.