Śnieg padał wielkimi płatkami, jakby ktoś z góry celowo rozsypywał go garściami, przykrywając miasto białą, niemal uroczystą kołdrą.
*
Anna stała przy oknie swojego mieszkania i obserwowała przechodniów, którzy spieszyli się za swoimi sprawami, szczelniej otulając się szalikami i stawiając kołnierze. Grudzień dopiero się zaczynał, a zima już zdążyła pokazać swoją siłę.
Za tydzień miał odbyć się ślub — data ustalona jeszcze latem, gdy wszystko wydawało się proste, logiczne i niemal idealne.
Pół roku przygotowań minęło niepostrzeżenie. Anna razem z Lukaszem odwiedziła kilkanaście restauracji, zanim znaleźli tę właściwą — jasną, przytulną, bez zbędnego przepychu. Bankiet zarezerwowali wcześniej, długo ustalając menu. Prowadzącego wybierali z dużą ostrożnością: oglądali nagrania, czytali opinie, spierali się i śmiali. Obrączki kupili w salonie jubilerskim przy głównej ulicy — proste, eleganckie, dokładnie takie, o jakich marzyła Anna.
Wszystko przebiegało spokojnie i przewidywalnie. Łukasz wydawał się zaangażowany: pomagał w organizacji, dzwonił do podwykonawców, dopinał szczegóły. Jego rodzice również nie sprzeciwiali się ślubowi, choć matka narzeczonego, Małgorzata, kilka razy z wyraźnym niezadowoleniem wspomniała, że ceremonia mogłaby być bardziej wystawna. Anna tylko wzruszała ramionami — planowali kameralny ślub, dla najbliższych.
Pierwsze niepokojące sygnały pojawiły się tydzień wcześniej.
Łukasz nagle stał się drażliwy, odpowiadał zdawkowo, unikał bezpośrednich pytań. Anna początkowo nie przywiązywała do tego wagi — stres przedślubny, to się zdarza. Ale bardzo szybko stało się jasne, że to coś więcej.
*
Narzeczony zaczął często wychodzić, tłumacząc się pilnymi sprawami. Wracał późno, czasem w ogóle nie nocował w domu, mówiąc, że został w pracy albo u kolegi. Próby rozmowy kończyły się zawsze tak samo — Łukasz zbywał ją i znikał w łazience, jakby chował się za szumem wody.
Telefony do matki stały się codziennością. Wcześniej dzwonił do rodziców kilka razy w tygodniu, teraz Małgorzata dzwoniła niemal każdego wieczoru. Łukasz wychodził na korytarz, ściszał głos do szeptu. Anna słyszała urywki rozmów:
— Tak, mamo… Rozumiem… Zobaczymy… Zastanowię się…
Niepokój narastał. Każda próba rozmowy rozbijała się o chłodną ścianę. Anna czuła, że coś się rozpada — tylko jeszcze nie wiedziała, co dokładnie.
Tego wieczoru za oknem było już ciemno, a śnieg nadal wolno wirował w świetle latarni. Łukasz wrócił do domu z nienaturalnym uśmiechem i obcym spojrzeniem. Anna siedziała na kanapie z planerem w rękach, sprawdzając ostatnie punkty przygotowań.
— Aniu, musimy porozmawiać — powiedział, zdejmując kurtkę.
Podniosła wzrok. Serce nieprzyjemnie zadrżało, ale twarz pozostała spokojna.
— Słucham.
Łukasz usiadł naprzeciwko, długo wpatrywał się w swoje dłonie. Cisza ciągnęła się boleśnie.
— Krótko mówiąc… mama znalazła mi lepszą narzeczoną — wypalił w końcu, nie patrząc na nią. — Z dobrej rodziny. Tak będzie lepiej.
W pokoju zapadła cisza. Anna znieruchomiała, nie wierząc własnym uszom. Powiedział to tak zwyczajnie, jakby informował o zmianie planów na weekend.
— Lepszą… narzeczoną? — powtórzyła powoli.
— Tak — podniósł w końcu wzrok. — Ma na imię Klara. Mama poznała nas w zeszłym tygodniu. Jej ojciec jest dyrektorem dużej firmy, mieszkanie w centrum, samochód…
— I zgodziłeś się? — głos Anny był niepokojąco spokojny.
— To dobra partia — wzruszył ramionami. — Mama mówi, że z nią będę miał zupełnie inną przyszłość. A my… no wiesz. Ty jesteś menedżerką, ja programistą. Zwyczajni ludzie. A tam…
Mówił spokojnie, niemal obojętnie. I właśnie w tej chwili w Annie coś się urwało — cicho, ostatecznie. Bez bólu. Z jasnością.
*
Uśmiechnęła się. Chłodno. Prawie wesoło.
— Jesteś pewien, że ona się zgodzi? — zapytała.
Łukasz zmarszczył brwi.
— Oczywiście. Mama już wszystko ustaliła z jej rodzicami.
— Rozumiem — Anna wstała i podeszła do biurka. — W takim razie gratuluję. Szczerze.
— Ty… nie jesteś zła? — zapytał niepewnie.
— A po co? — otworzyła szufladę i wyjęła teczkę z dokumentami. — Dokonałeś wyboru. Ja go przyjmuję.
— Bałem się awantur — przyznał. — Łez…
— Nie doczekasz się — odpowiedziała spokojnie, włączając laptopa.
Anna zaczęła metodycznie wysyłać maile: anulowanie restauracji, sali, prowadzącego, tortu.
— Wszystko było na mnie — powiedziała. — Jutro zadzwonię do fotografa i florystki. Obrączki można oddać.
— Mówisz poważnie? — patrzył na nią, nie wierząc.
— A chciałeś dwa śluby? — zamknęła laptopa. — Jesteś wolny.
Spakowała rzeczy i ruszyła do wyjścia.
— Przekaż swojej mamie — odwróciła się — że życzę jej znalezienia ci naprawdę idealnej narzeczonej. Może za trzecim razem się uda.
— Za trzecim? — nie zrozumiał.
Anna tylko się uśmiechnęła i zamknęła drzwi.
Później, siedząc na kanapie u przyjaciółki Zofii z kubkiem gorącej herbaty, powiedziała spokojnie:
— Ślub się nie odbędzie. Łukasz znalazł lepszą narzeczoną.
Zofia pobladła.
— Co?..
Anna spojrzała przez okno, gdzie śnieg nadal padał, i cicho dodała:
— Najciekawsze zacznie się wtedy, gdy jego mama zrozumie, kogo tak naprawdę „znalazła”…
*
Anna nie płakała. Nawet wtedy, gdy została sama w kuchni Zofii, nawet gdy herbata dawno wystygła, a za oknem świtało. W środku panowała dziwna pustka i spokój — jakby organizm sam wyłączył zbędne emocje, żeby przetrwać.
— Jesteś pewna, że wszystko w porządku? — zapytała ostrożnie Zofia, sprzątając filiżanki. — Jesteś jakaś… zbyt spokojna.
— Też tak myślę — Anna lekko się uśmiechnęła. — Ale chyba po prostu w porę wysiadłam z pociągu, który jechał w złą stronę.
Następnego dnia wzięła wolne. Nie z powodu słabości — z potrzeby uporządkowania życia. Najpierw zadzwoniła do jubilera, potem do agenta nieruchomości. Do południa miała już dwa warianty mieszkań, a wieczorem — podpisaną umowę. Mała kawalerka, ale własna. Bez cudzych matek, szeptów za drzwiami i nagłych „lepszych narzeczonych”.
Łukasz odezwał się po trzech dniach.
Zadzwonił późnym wieczorem, gdy Anna układała książki na półkach. Telefon wibrował uporczywie, jakby wiedział, że zostanie odebrany.
— Aniu… — jego głos był niepewny. — Musimy porozmawiać.
— Już rozmawialiśmy — odpowiedziała spokojnie.
— Nie rozumiesz. Wszystko poszło nie tak, jak mama zaplanowała.
Oczywiście. Nie tak.
— Klara… odmówiła — wypalił. — Powiedziała, że nie zamierza wychodzić za mężczyznę, który porzuca narzeczoną na pierwsze skinienie.
W środku coś drgnęło. Nie radość — satysfakcja. Cicha, uczciwa.
— Zaskakujące — powiedziała Anna. — Widocznie ma charakter. Niebezpieczna cecha dla „idealnej partii”.
— Aniu — mówił coraz szybciej — ja wszystko zrozumiałem. Mama przesadziła. Byłem zagubiony. Możemy to naprawić.
Podeszła do okna. Miasto żyło swoim rytmem, obojętne i właściwe.
*
— Nie, Łukasz. Błąd można poprawić w raporcie. Ty dokonałeś wyboru.
— Ale ja cię kocham!
— Nie — odpowiedziała łagodnie, ale stanowczo. — Ty kochasz aprobatę. Wcześniej dostawałeś ją ode mnie.
Zapadła cisza. Potem westchnął:
— Mama powiedziała, że jesteś niewdzięczna. Że normalna kobieta by walczyła.
Anna uśmiechnęła się.
— Przekaż Małgorzacie, że normalna kobieta nie walczy o mężczyznę, którego musi dzielić z jego matką.
Rozłączyła się i po raz pierwszy od dawna poczuła prawdziwą ulgę.
Minęło pół roku.
Anna siedziała w niewielkiej kawiarni, czekając na spotkanie biznesowe. Nowa praca — trudniejsza, ciekawsza, lepiej płatna. Śmiała się, omawiając projekt, gdy nagle zauważyła znajomą sylwetkę przy barze.
Łukasz się postarzał. Nie z wyglądu — od środka. Stał z opuszczonymi ramionami, rozmawiał przez telefon i zirytowany powtarzał:
— Tak, mamo… Rozumiem… Dobrze…
Anna dopiła kawę i wstała. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Łukasz ją rozpoznał, drgnął, jakby chciał podejść.
Anna tylko skinęła głową — spokojnie, bez złości — i wyszła.
Na zewnątrz padał śnieg. Ten sam, co w grudniu. Ale teraz był lekki i czysty.
Anna uśmiechnęła się i pomyślała:
Dobrze, że wtedy się uśmiechnęłam. Bo właśnie w tym momencie zaczęło się moje prawdziwe życie.