Elżbieta Nowak siedziała w kuchni Anny tak, jakby to mieszkanie należało do niej. Ręce złożone na brzuchu, plecy wyprostowane, spojrzenie sunęło po stole — oceniające, chłodne, niezadowolone. Piotr jadł w milczeniu smażoną rybę, dłonie miał tłuste, wzrok wbity w talerz. Anna stała przy kuchence i nagle, z bolesną jasnością, zrozumiała jedno: przez ostatnie dwanaście lat próbowała przypodobać się komuś, kto nawet nie uważał za stosowne spojrzeć jej w oczy.

— Ości pełno w tej rybie, Aniu — Elżbieta Nowak odsunęła talerz na sam skraj stołu, jakby sama jego obecność ją drażniła. — I wietrzyć by tu można było. Piotr z trasy wrócił, odpocząć powinien, a u ciebie chemią śmierdzi. Znowu klientki w łazience obsługiwałaś?

*

Anna zacisnęła usta i dalej szorowała patelnię, choć ta lśniła już czystością. Ruchy miała mechaniczne, przesadnie dokładne. Pracowała w domu — farbowała włosy, robiła fryzury, brała wszystko, co przynosiło pieniądze. Piotr jeździł jako kierowca ciężarówki, ale wypłatę przynosił nieregularnie, a na pytania zawsze odpowiadał tak samo: drogi są drogie.

— Klientki płacą za tę „chemię”, pani Elżbieto — powiedziała cicho Anna, nie odwracając się. — Dzięki nim mamy nową lodówkę i samochód jeszcze jeździ.

— Samochód… — prychnęła teściowa i spojrzała na syna. — Piotr, popatrz na nią. Zastraszona, zmęczona. Nie żona, tylko koń roboczy. Mówiłam ci — trzeba było brać dziewczynę z porządnej rodziny, a nie taką, co sama na życie zarabia. One potem męża za człowieka nie mają.

Piotr, nie podnosząc wzroku znad talerza, skinął głową. Anna dostrzegła to kątem oka — krótki, leniwy gest — i poczuła, jak coś w niej się zaciska, jakby ktoś powoli skręcał cienki drut w środku.

Elżbieta Nowak pojawiła się w ich życiu miesiąc po ślubie i już nie zniknęła. Najpierw przyjeżdżała raz w tygodniu, potem coraz częściej, coraz pewniej, jakby sprawdzała, czy jej kontrola nie słabnie. Klucze do mieszkania dał jej Piotr. Bez pytania żony. Od tamtej pory teściowa wchodziła bez dzwonienia, zaglądała do szafek, sprawdzała lodówkę, komentowała pranie na suszarce. Anna milczała — bo Piotr powtarzał, że matce należy się szacunek.

*

A potem Elżbieta Nowak zaczęła przychodzić na kolacje. Po prostu siadała przy stole, splatała ręce i czekała, aż zostanie podane. I zaczynało się. Zupa przesolona, mięso twarde, podłoga brudna. Piotr kiwał głową i jadł. Anna sprzątała naczynia i szła do łazienki, gdzie odkręcała wodę głośniej.

— Piotr, powiedziałbyś jej chociaż, żeby raz w tygodniu zrobiła porządną kolację — ciągnęła Elżbieta Nowak, oglądając paznokcie. — Ty jesteś pracującym mężczyzną, siły ci potrzebne.

Anna odwróciła się. Na stole stała miska sałatki, talerz ziemniaków, ryba. Gotowała to dwie godziny, między klientkami. Ręce wciąż pachniały farbą, plecy bolały, powieki ciążyły.

— Pani Elżbieto, gotuję to, co Piotr lubi — powiedziała równo, czując, jak w środku budzi się coś nowego. — Jeśli pani nie smakuje, nie musi pani jeść.

Teściowa uniosła brwi. W jej spojrzeniu nie było zdziwienia — tylko urażona władza.

— Słyszałeś, jak ona się do mnie odzywa? — zwróciła się do syna. — Piotr, ty jesteś mężczyzną czy szmatą? Broń matki.

Anna spojrzała na męża — i po raz pierwszy nie odwróciła wzroku.
I w tej chwili już wiedziała: dalej będzie albo cisza na zawsze, albo słowa, po których nikt w tym domu nie poczuje się już panem.

*

Piotr podniósł głowę powoli, jakby ktoś ciągnął go za włosy. Jego wzrok przesunął się z matki na Annę i z powrotem opadł na talerz. Przełknął ślinę, potarł policzek i powiedział cicho, zmęczonym głosem:

— Ania, no po co zaczynasz… Mama tylko powiedziała.

Elżbieta Nowak wyprostowała się zwycięsko. Anna znała ten gest aż za dobrze — tak wyglądała aprobata. Tak wyglądało: wszystko na swoim miejscu.

I nagle Anna poczuła dziwny spokój. Nie ulgę — trzeźwość. Jakby coś w niej kliknęło i świat stał się wyraźny.

— Tylko powiedziała? — zapytała. — Piotr, ona powiedziała to w mojej kuchni. W moim domu. O mnie.

— Mamo… — zaczęła teściowa z przyzwyczajenia, ale urwała, widząc spojrzenie Anny.

Anna zdjęła fartuch. Ostrożnie. Powoli. Powiesiła go na oparciu krzesła — tak jak wtedy, gdy wprowadzili się tu razem i cieszyli się pustymi ścianami.

— Pani Elżbieto — powiedziała spokojnie. — Teraz pani wstanie i wyjdzie.

Cisza zgęstniała. Piotr gwałtownie uniósł głowę.

— Co ty mówisz?! — syknął. — To jest moja matka!

— A to jest moje mieszkanie — odpowiedziała Anna. — I mój wieczór. I moje życie.

— Bez wstydu jesteś — Elżbieta Nowak wstała, opierając dłonie o stół. — Od początku wiedziałam, jaka jesteś. Niewdzięczna. Dla kogo ja syna wychowałam?

*

— Dla siebie — Anna spojrzała jej prosto w oczy. — I nigdy go pani nie puściła.

Piotr zerwał się z miejsca, krzesło z hukiem uderzyło o płytki.

— Przestań! — podniósł głos. — Robisz scenę przez jedzenie?!

Anna powoli odwróciła się w jego stronę.

— Nie. Ja kończę scenę trwającą dwanaście lat.

Podeszła do szuflady, wyjęła pęk kluczy i położyła je na stole. Metal zabrzęczał głośno, wyzywająco.

— Jutro zmienię zamki. — Spojrzała na teściową. — Pani kluczy już nie będzie.

— Piotr! — Elżbieta Nowak pobladła. — Ty na to pozwolisz?!

Piotr stał nieruchomo, przenosząc wzrok z matki na żonę. Jego milczenie było odpowiedzią.

Anna skinęła głową — nie jemu, sobie.

— I jeszcze jedno — dodała cicho. — Od dziś nie gotuję dla ludzi, którzy mnie nie szanują.

Wzięła kurtkę, torebkę i poszła do drzwi. W przedpokoju zatrzymała się, nie odwracając się:

— A tak w ogóle, Piotrze… jeśli szukasz miejsca, gdzie masz odpoczywać po trasie, zastanów się, gdzie tak naprawdę mieszkasz.

Drzwi zamknęły się miękko, niemal łagodnie.
A Elżbieta Nowak po raz pierwszy od lat nie wiedziała, co powiedzieć — bo usłyszała słowa, których bała się najbardziej:

Mamo… chyba ona ma rację.