— Halo, słucham. — Anna odebrała telefon w biegu, widząc na ekranie nieznany numer stacjonarny, jednocześnie zapinając płaszcz i próbując nie upuścić torebki.

Rodriguez Anna Maria? Dzwonimy z Drugiego Szpitala Miejskiego. Pański były mąż, Martin Rodriguez, miał wypadek samochodowy. Potrzebujemy jego polisy zdrowotnej. Powiedział, żeby się z panią skontaktować. Czy może ją pani przywieźć? — suchy, beznamiętny kobiecy głos zabrzmiał w słuchawce.

— Co? Kiedy? I dlaczego były?! Martin jest moim mężem! — powiedziała Anna jednocześnie zaskoczona i zaniepokojona, czując, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w środku.

— Tego już nie wiem, proszę sobie sami to ustalić… Czy dziś może pani przywieźć dokumenty? — powtórzyła kobieta tym samym obojętnym tonem.

— Tak, oczywiście, już jadę… — odpowiedziała Anna i bez pożegnania rozłączyła się.

Serce biło jej zbyt szybko. Rzuciła się do szuflady z dokumentami, znalazła kartę ubezpieczeniową męża, którego jeszcze rano odprowadzała w podróż służbową, odruchowo dorzuciła kilka rzeczy — wodę, ładowarkę, ciepły sweter — i niemal wybiegła z mieszkania, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.

Na klatce schodowej wpadła na córkę, Zofię.

— Mamo, dokąd idziesz? — zapytała zdziwiona dziewczynka.

*

— Zosiu, muszę coś załatwić. Obiad jest w lodówce, odgrzejesz sobie sama — Anna postanowiła jeszcze nie mówić córce, że ojciec trafił do szpitala.

— Jakie pilne sprawy? Mogłabyś mnie nakarmić… Mam dziś jeszcze gimnastykę — powiedziała z lekkim żalem czternastoletnia Zofia.

— Zosiu, masz już czternaście lat, potrafisz o siebie zadbać. Naprawdę nie mam teraz czasu — odpowiedziała Anna i pospiesznie zbiegła po schodach.

Wychodząc z budynku, pomyślała ze złością, że powinna była wcześniej zamówić taksówkę. Musiała stać przed domem dobre dziesięć minut, nerwowo zerkać na telefon, aż w końcu podjechał samochód.

W drodze do szpitala wciąż wracała myślami do słów pielęgniarki.

Były mąż… — mruknęła pod nosem. — Jakaś bzdura. Dziwna kobieta, naprawdę…

Kierowca spojrzał na nią w lusterku, ale nic nie powiedział.

Anna szybko weszła po schodach do szpitala, znalazła się w holu i od razu podeszła do dyżurki. Dowiedziała się, że Martin ma kilka złamań i obrażenia wewnętrzne. Najbliższe tygodnie miał spędzić w sali szpitalnej pod obserwacją lekarzy.

Ale to nie była najgorsza wiadomość tego dnia.

Funkcjonariusz drogówki, który pojawił się w szpitalu, poinformował Annę, że w chwili wypadku Martin nie był w samochodzie sam — jechał z kobietą. Ona ucierpiała mniej, ale również przebywała w tym samym szpitalu.

Anna poczuła, jakby coś w niej pękło.

*

Weszła do sali, postawiła rzeczy na szafce nocnej. Martin spojrzał na nią uważnie. Głowę miał zabandażowaną, twarz pokrytą siniakami i otarciami. Patrzył na Annę stojącą przy łóżku, ale nie odważył się odezwać pierwszy.

— I dokąd tak się spieszyłeś w środku dnia roboczego, Martin? — zapytała z nutą ironii w głosie, choć w środku aż ją rozrywało, a najbardziej chciała się rozpłakać.

— Anno, ja… — zaczął.

— Zdrowiej — przerwała mu chłodno. — Mężusiu…

Odwróciła się gwałtownie i wyszła z sali.

Otwierając drzwi, niemal zderzyła się na korytarzu z młodą kobietą. Była o jakieś dziesięć lat młodsza od Anny. Po otarciach na twarzy i rękach od razu było jasne — to ona jechała z Martinem.

Anna zrozumiała wszystko w jednej chwili: kochanka.

Przez moment obie stały w bezruchu. Anna miała ochotę krzyczeć, powiedzieć coś okrutnego, szarpnąć rywalkę za włosy, wyrzucić z siebie cały ból. Zamiast tego wyprostowała się powoli, uniosła dumnie głowę i przeszła obok w milczeniu.

Blondynka wyglądała, jakby najchętniej zapadła się pod ziemię — byle tylko uniknąć spojrzenia kobiety, której odebrała męża…

*

Anna wyszła ze szpitala, nawet nie zauważając, jak zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Szła szybko, niemal biegła, jakby bała się, że jeśli się zatrzyma, rozpadnie się na kawałki. Dopiero przy bramie zwolniła, oparła się o ogrodzenie i zamknęła oczy.

Spokojnie. Nie tutaj. Nie teraz — nakazała sobie w myślach.

Telefon zawibrował w kieszeni. Martin.

Patrzyła na ekran kilka sekund, po czym odebrała.

— Anno, proszę… — jego głos był słaby, złamany. — Pozwól mi wszystko wyjaśnić.

— Co dokładnie chcesz wyjaśnić? — zapytała spokojnie, zdziwiona własnym tonem. — To, dlaczego nazwano cię moim byłym mężem? Czy to, dlaczego byłeś w samochodzie z inną kobietą?

Zapadła cisza. Zbyt długa.

— Anno… — westchnął w końcu. — Od dawna nie żyliśmy jak mąż i żona. Nie chciałem cię zranić.

Anna przymknęła oczy.

— Ale wolałeś kłamać — powiedziała cicho. — Codziennie. Patrzeć mi w oczy, całować córkę przed szkołą i jechać… do niej?

— To nie trwało długo — powiedział pospiesznie. — Miałem to zakończyć. Po prostu nie zdążyłem.

— Oczywiście — gorzko się uśmiechnęła. — Zawsze byłeś mistrzem „nie zdążyłem”.

Rozłączyła się i wyłączyła telefon.

*

Wieczorem w domu powiedziała Zofii prawdę — bez szczegółów, bez brudu, ale uczciwie.

— Tata miał wypadek — powiedziała. — I… będziemy z nim mieszkać osobno.

Dziewczynka długo milczała, po czym niespodziewanie mocno przytuliła matkę.

— Dawno widziałam, że jesteś smutna, mamo — powiedziała cicho. — Po prostu nie pytałam.

Te słowa zabolały bardziej niż jakiekolwiek oskarżenia.

Następnego dnia Anna wróciła do szpitala — już nie z torbą, lecz z dokumentami. Rozmawiała z lekarzami, prawnikiem, ubezpieczycielem. Wszystko robiła spokojnie, rzeczowo, jakby w środku uruchomił się nowy, chłodny mechanizm.

Gdy weszła do sali, Martin spojrzał na nią z nadzieją.

— Złożyłam wniosek — powiedziała, nie siadając. — O rozwód.

— Anno… — pobladł. — Nie możesz tak po prostu wszystkiego zdecydować.

— Mogę — odpowiedziała. — I już zdecydowałam.

— A Zofia?

— Zofia będzie znała prawdę — powiedziała stanowczo. — I będzie żyła w domu, w którym nie uczy się kłamstwa.

Martin zamknął oczy. Po raz pierwszy wyglądał na naprawdę złamanego.

*

Na korytarzu Anna znów zobaczyła tamtą kobietę. Stała przy oknie, nerwowo ściskając pasek torebki.

— Anno… — zaczęła niepewnie. — Nie wiedziałam, że ma rodzinę. Powiedział, że od dawna jesteście rozstani.

Anna spojrzała na nią uważnie — bez złości, bez nienawiści. Tylko ze zmęczeniem.

— On mówił wiele rzeczy — odpowiedziała spokojnie. — Ale to już nie mój problem.

Wyszła ze szpitala z wyprostowanymi ramionami — po raz pierwszy od bardzo dawna.

Miesiąc później Anna i Zofia się przeprowadziły. Nowe mieszkanie było mniejsze, ale jaśniejsze. Rano pachniało tam kawą i świeżym pieczywem, a wieczorami — ciszą bez kłamstw.

Czasem Anna wracała myślami do tamtego telefonu ze szpitala.
Do tego chłodnego głosu:

„Pański były mąż…”

I teraz wiedziała już jedno na pewno — czasem prawda przychodzi wcześniej, niż jesteśmy gotowi, ale to właśnie ona ratuje nas przed jeszcze większym bólem.