— Wstyd mi brać cię na bankiet — Daniel nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. — Będą tam ludzie. Normalni ludzie.

Klara stała przy lodówce z kartonem mleka w dłoniach. Zimny karton chłodził palce, a w środku jakby coś powoli się kruszyło. Dwanaście lat małżeństwa, dwoje dzieci. I nagle — wstyd.

— Założę czarną sukienkę — powiedziała spokojnie. — Tę, którą sam mi kupiłeś.

— To nie o sukienkę chodzi — w końcu na nią spojrzał. Szybko, oceniająco, obco. — Chodzi o ciebie. Zaniedbałaś się. Włosy, twarz… cała jesteś jakaś nijaka. Będzie Wiktor z żoną. Ona jest stylistką. A ty… sama rozumiesz.

— W takim razie nie pojadę.

— No i mądrze. Powiem, że masz gorączkę. Nikt słowa nie powie.

Poszedł pod prysznic, zostawiając po sobie zapach żelu i wrażenie, że w kuchni nagle zabrakło powietrza. Klara została na środku pomieszczenia. W sąsiednim pokoju spały dzieci — Łukasz dziesięć lat, Ania osiem. Kredyt hipoteczny, rachunki, szkolne czaty, zebrania rodziców. Rozpuściła się w tym domu, stała się tłem — a mąż zaczął się jej wstydzić.

— On chyba kompletnie zwariował? — Elena, przyjaciółka-fryzjerka, patrzyła na Klarę tak, jakby ta właśnie ogłosiła koniec świata.

— Wstydzi się żony na bankiecie? Kim on w ogóle jest?

— Kierownikiem magazynu. Dostał awans.

*

— I nagle żona nie pasuje? — Elena gwałtownie nalała wrzątku do czajnika. — Słuchaj mnie uważnie. Pamiętasz, czym zajmowałaś się przed dziećmi?

— Byłam nauczycielką.

— Nie o pracę mi chodzi. Robiłaś biżuterię. Z koralików. Nadal mam to naszyjnik z niebieskim kamieniem. Ludzie ciągle pytają, gdzie można taki kupić.

Klara przypomniała sobie. Awenturyn. Składała biżuterię wieczorami, kiedy Daniel jeszcze patrzył na nią z zainteresowaniem, kiedy jego dłonie zatrzymywały się na jej talii, a nie na ekranie telefonu.

— To było dawno.

— Skoro było, to znaczy, że możesz do tego wrócić — Elena pochyliła się bliżej. — Kiedy ten bankiet?

— W sobotę.

— Idealnie. Jutro przychodzisz do mnie. Robię fryzurę i makijaż. Dzwonimy do Zofii — ona ma sukienki. A biżuterię wyciągniesz sama.

— Elena, on przecież powiedział…

— Niech on sobie mówi. Ty pojedziesz na ten bankiet. I on oniemieje.

Zofia przyniosła suknię w kolorze śliwkowym — długą, z odkrytymi ramionami. Przymierzały godzinę: dopasowywały, spinały szpilkami, odchodziły krok w tył i wracały znowu.

— Do takiego koloru potrzeba wyjątkowej biżuterii — Zofia krążyła wokół. — Srebro nie pasuje. Złoto też nie. Tu trzeba czegoś, czego nikt się nie spodziewa.

Klara milczała i już znała odpowiedź. Widziała ją wyraźnie, jakby trzymała ją w dłoniach: głęboki niebieski kamień, światło w środku, delikatna praca — jej praca. Ta sama, o którą pytali obcy ludzie, nie podejrzewając, że „szara mysz” potrafi błyszczeć.

Podniosła wzrok i powiedziała cicho:

— Mam pomysł. I jeśli się nie mylę… on pożałuje, że w ogóle wypowiedział te słowa.

*

Klara siedziała w kuchni późno w nocy, kiedy dom w końcu ucichł. Dzieci spały za ścianą, lodówka brzęczała równo i spokojnie, jakby na świecie wszystko było na swoim miejscu. Na stole leżało stare pudełko z koralikami — wytarte, z pękniętym rogiem. Nie otwierała go od lat.

Zatrzask kliknął.

Koraliki rozsypały się po stole cichym szelestem — niebieskie, dymne, przezroczyste, ze złotymi refleksami. Kamienie, które kiedyś wybierała długo i uważnie, dotykiem i światłem. Palce przypomniały sobie wszystko naraz. Ruchy były pewne, niemal twarde. Klara pracowała do świtu, nie czując zmęczenia, jakby odzyskiwała własne imię.

W sobotę Daniel szykował się w milczeniu. Biała koszula, nowe spinki, biznesowe perfumy. Nie patrzył w jej stronę.

— Wyjdę wcześniej — rzucił, zapinając zegarek. — Ty połóż dzieci.

— Dobrze — odpowiedziała spokojnie.

Zamarł. Odwrócił się.

— I… — zawahał się. — Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy?

— Pamiętam.

To „pamiętam” zabrzmiało tak, że zmarszczył brwi, ale nic więcej nie powiedział.

Godzinę później Klara stała przed lustrem. Włosy — ułożone, żywe. Twarz — skupiona, spokojna. Suknia leżała idealnie, podkreślając ramiona i plecy. Zapięła na szyi naszyjnik — głęboki niebieski kamień, jakby wchłonął nocne niebo. Światło żyrandola grało w jego wnętrzu i Klara nagle zobaczyła siebie z boku — kobietę, której dawno nie zauważano, bo wygodniej było jej nie widzieć.

*

W sali restauracyjnej było głośno i jasno. Śmiech, kieliszki, przytłumiona muzyka. Daniel stał już wśród współpracowników — wyprostowany, pewny siebie, z tym wyrazem twarzy, który pojawił się po awansie.

— Daniel! — zawołał ktoś. — A gdzie twoja żona?

— Zachorowała — odpowiedział automatycznie. — Gorączka.

— Jaka szkoda — wtrąciła kobieta obok. — Tyle o niej słyszałam.

Odwrócił się — i słowa ugrzęzły mu w gardle.

Klara stała przy wejściu. Spokojna, opanowana, jakby ta sala zawsze należała do niej. Kilka spojrzeń przesunęło się po niej — i zatrzymało. Jedno. Drugie. Trzecie. Muzyka nie ucichła, ale w tym miejscu zrobiło się jakby ciszej.

— Ty… — Daniel podszedł do niej. — Co ty tu robisz?

— Przyszłam na bankiet — uśmiechnęła się lekko. — Przecież mówiłeś, że będą ludzie. Normalni ludzie.

Już do nich podchodzili.

— Daniel, przedstaw nas — powiedział Wiktor z ciekawością, patrząc na Klarę. — To twoja żona?

— Tak — wykrztusił.

— Miło mi — Klara wyciągnęła rękę. — Klara.

— A to moja żona, Marianna — Wiktor odwrócił się do towarzyszki. — Jest stylistką.

Marianna patrzyła na naszyjnik, nie kryjąc zainteresowania.

— Przepraszam… — pochyliła się bliżej. — To autorska praca?

— Tak.

— Projektujesz biżuterię?

— Tak — odpowiedziała Klara bez wahania.

Daniel poczuł, jak po plecach przebiega mu chłód.

*

— Niesamowite — Marianna niemal dotykała wzrokiem kamienia. — Nie widziałam takich rzeczy nawet w Mediolanie. Gdzie pani wystawia?

— Na razie nigdzie.

— To kwestia czasu — uśmiechnęła się Marianna. — Ma pani niezwykłe wyczucie formy.

Do rozmowy dołączali kolejni ludzie. Jedni pytali, inni tylko patrzyli. Klara mówiła spokojnie, bez pośpiechu, nie podnosząc głosu. Nie starała się robić wrażenia — i właśnie to je robiło.

Daniel stał obok, powoli tracąc grunt pod nogami. Nikt go nie odpychał — po prostu przestali go zauważać.

— Nigdy mi nie mówiłaś — wyszeptał, pochylając się.

— Bo nigdy nie pytałeś.

Pod koniec wieczoru do Klary podszedł mężczyzna w ciemnym garniturze.

— Mam na imię Filip — przedstawił się. — Współpracuję z galeriami. Marianna pokazała mi pani naszyjnik. Ma pani kolekcję?

*

— Mam pomysły.

— Chętnie bym je zobaczył — podał wizytówkę. — Myślę, że to może panią zainteresować.

Klara wzięła kartę i skinęła głową.

Do domu jechali w ciszy. Daniel ściskał kierownicę, jakby próbował zatrzymać coś, co mu się wymykało.

— Dlaczego nigdy… — zaczął i zamilkł.

— Bo nie miałam kiedy — odpowiedziała Klara. — Wychowywałam dzieci. Wspierałam ciebie. Wierzyłam, że to wystarczy.

Zaparkował, nie gasząc silnika.

— Myliłem się.

Spojrzała na niego uważnie — po raz pierwszy od lat, bez odruchu usprawiedliwiania.

— Byłeś wygodny dla siebie — powiedziała. — Dla mnie — nie.

Miesiąc później Klara podpisała pierwszy kontrakt. Dwa miesiące później otworzyła małą pracownię. Elena śmiała się, Zofia przysyłała klientów, Marianna pisała wiadomości z pomysłami.

Daniel próbował wrócić do dawnego porządku. Kwiaty, rozmowy, obietnice. Ale w domu coś zmieniło się na zawsze.

Pewnego wieczoru powiedział cicho:

— Jestem z ciebie dumny.

Klara zapinała nowe naszyjnik przed lustrem i nawet się nie odwróciła.

— Szkoda — odpowiedziała spokojnie. — Kiedyś mogło to coś znaczyć.