Ty w ogóle rozumiesz, co się dzieje? — Viktor wpadł do kuchni, jakby ktoś deptał mu po piętach. — Ledwo się wybroniłem! Dzwonią do mnie co pół godziny!

Clara stała przy kuchence, opierając dłoń o zimne kafelki, i patrzyła na męża tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Za oknem szary grudzień leniwie zasypywał podwórko mokrym śniegiem, a ta ponura sceneria wyglądała jak dekoracja do sceny, w której za chwilę coś musi pęknąć.

Kto „oni”? — zapytała zmęczonym głosem.

No ci… — machnął ręką Viktor, ale zaraz przeszedł do spraw ważniejszych dla siebie: — Postawiłaś czajnik? Gardło mnie pali, nie do wytrzymania.

Usiadł przy stole jak człowiek przekonany, że wygoda należy mu się z definicji. Clara bez słowa odwróciła się i włączyła czajnik. Kuchnia była mała, z pobielanymi ścianami, które mieli przemalować jeszcze latem, ale ciągle brakowało czasu. W kącie stała stara lodówka, buczała tak, jakby żyła własnym życiem i dawno miała dość tych ludzi.

Viktor obserwował, jak Clara krząta się po kuchni, a w jego spojrzeniu narastało rozdrażnienie — ten wzrok znała aż za dobrze.

A więc tak, — zaczął. — Właśnie rozmawiałem z mamą. I powiedziała, że Boże Narodzenie bez prezentu jej nie interesuje.

Clara odwróciła się.

Jakiego prezentu?

Dobrze wiesz! — podniósł głos Viktor. — Przecież o tym mówiliśmy! Samochód!

My „mówiliśmy”? — w głosie Clary zabrzmiała taka cisza, że nawet lodówka jakby przycichła. — Nie, Viktor. Ty mówiłeś. Ty stawiałeś warunki. I to nie swoje — tylko „mamusi”.

Oparł się wygodnie o oparcie krzesła i skrzyżował ręce.

I co z tego? — rzucił wyzywająco. — Mama poprosiła. Ma prawo.

Clara powoli postawiła przed nim kubek i usiadła naprzeciwko.

Viktor. Ona ledwo chodzi. Po co jej samochód?

*

Żeby był! — ryknął. — Nie rozumiesz, jak ważne jest pokazywanie poziomu. U wujka Roberta syn dom postawił od zera! A u teściowej Marka — nowy samochód i nikt nie narzeka.

Chcesz, żebyśmy brali kredyty dla czyjegoś „poziomu”?

Mamy pieniądze! — uderzył dłonią w stół. — Po sprzedaży mieszkania!

Clara przełknęła ślinę — w gardle zrobiło się sucho.

Odkładaliśmy na większe mieszkanie. Na dziecko. Sam tak mówiłeś…

Teraz są inne czasy! — przerwał jej ostro. — Mama powiedziała: jeśli nie dostanie samochodu, to nie masz czego szukać przy wigilijnym stole. A mnie też nie zaprosi, bo rzekomo „tańczę, jak ty zagrasz”. Więc bez dramatów.

Clara ścisnęła kubek tak, jakby powstrzymywała się przed czymś znacznie większym.

Czyli to ja mam kupić twojej matce SUV-a?

Jesteś żoną! — krzyknął jednocześnie agresywnie i żałośnie. — Masz wspierać męża! Rodzina musi trzymać się razem!

I w tej chwili coś w Clarze się przesunęło. Nie pękło — po prostu zmieniło miejsce, jak mebel, który długo stał nietknięty, aż w końcu ktoś zebrał się na odwagę, by go przestawić.

Zapytała cicho:

Czyli wybór jest taki: albo kupuję twojej matce samochód, albo razem ze mną nie usiądziecie przy wigilijnym stole?

No tak, — Viktor spojrzał na nią zdziwiony, jakby nie rozumiał, po co te pytania. — Przecież to wyjaśniłem.

„No proszę. Wąskie przejście, przez które próbuje mnie przeciągnąć.”

Clara wypuściła powietrze. Bez uśmiechu.

Rozumiem, — powiedziała.

Co rozumiesz? — zmrużył oczy Viktor.

Wszystko, — odpowiedziała, wstając. — Absolutnie wszystko.

*

Wyszła do sypialni i zamknęła drzwi. Nie trzaskając — przeciwnie, zbyt cicho.

Za drzwiami Viktor burczał, brzęczał naczyniami, coś mamrotał. Clara stała, opierając czoło o szafę, i myślała o tym, że w środku od dawna pękały jakieś warstwy. On tego trzasku nie słyszał. Ona słyszała aż za dobrze.

Rano wyszedł, pogwizdując pod nosem, przekonany, że „dojrzała”. Że można ją dalej naciskać tym samym sposobem, który działał przez trzy lata.

Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Clara wyciągnęła walizkę.

Nie po to, żeby odejść.

Żeby pojechać.

Postanowiła: zanim coś zburzy, musi zrozumieć, skąd wyrastają korzenie.

Pociąg do miasteczka, w którym mieszkała teściowa, był zimny i hałaśliwy. W szyby uderzały płatki śniegu, a świat za oknem wydawał się wyblakły. Clara jechała i przypominała sobie, jak często „prośby mamy” dziwnie zbiegały się z tym, co wkrótce pojawiało się u Viktora: nowy telefon, droga kurtka, nowe buty — „żeby nogi nie bolały”.

I to żądanie samochodu stało się ostatnią kroplą.

Bo teraz, pod koniec roku, gdy wszyscy mówili o planach na święta, o rodzinnych kolacjach, o świecach i prezentach, Clara nagle zrozumiała jedno: oni nie mają rodziny. Mają spektakl. I to kiepski.

Dom Laury stał na skraju osiedla. Stary, ale zadbany. Na podwórku było czysto, ścieżki posypane piaskiem. Żadnego przepychu, żadnych oznak, że ktoś czeka tu na SUV-a w prezencie.

Laura otworzyła drzwi sama — w szlafroku i ciepłych skarpetach. Twarz zmęczona, spojrzenie czujne.

Clara? Skąd ty tutaj? Coś się stało?

*

Wejdź, — powiedziała Laura po krótkiej pauzie i cofnęła się, wpuszczając Clarę do środka. — Wyglądasz fatalnie.

W przedpokoju pachniało starymi książkami, miętową herbatą i czymś aptecznym. Wszystko było schludne, bez pokazowego ciepła — czysto, prosto, rzeczowo. Clara mimowolnie zauważyła: żadnych nowych dywanów, żadnych drogich mebli, żadnych śladów „poziomu”, o którym tak krzyczał Viktor.

Viktor wie, że tu jesteś? — zapytała Laura, gdy Clara zdjęła płaszcz.

Nie, — odpowiedziała szczerze. — I nie dowie się… przynajmniej na razie.

Laura spojrzała na nią uważnie, potem skinęła głową.

Rozumiem. Czyli nie przyjechałaś na herbatę.

Przeszły do kuchni. Było tu jasno, na parapecie stały pelargonie, a na stole leżał stos równo ułożonych rachunków. Clara usiadła i nagle poczuła, jak opada na nią zmęczenie — nie fizyczne, lecz takie, które zbiera się latami.

Powiedziano mi, — zaczęła ostrożnie, — że domaga się pani samochodu. Na Boże Narodzenie. I że bez tego… nie będzie dla mnie miejsca przy stole.

Laura powoli zdjęła okulary.

Samochodu? — powtórzyła spokojnie. — SUV-a?

Clara skinęła głową.

Powiedział, że to pani prośba.

Laura uśmiechnęła się krzywo. Nie złośliwie — gorzko.

Prosiłam Viktora, żeby pomógł mi z dachem. Na wiosnę. Przecieka. I jeszcze — żeby sprawdził, czy da się zamontować poręcz w łazience. — Zamilkła na chwilę. — O samochodzie dowiaduję się dopiero teraz.

W kuchni zapadła cisza. Taka, w której nagle wszystko zaczyna się układać.

Mówił, że ważne jest „pokazanie poziomu”, — powiedziała cicho Clara.

Poziomu, — powtórzyła Laura i pokręciła głową. — Czyli tak to nazywa.

Podeszła do okna.

*

Wiesz, — odezwała się, nie odwracając, — Viktor od dziecka miał poczucie, że czegoś mu brakuje. Nie rzeczy — uznania. Zawsze chciał wyglądać lepiej, niż było w rzeczywistości. A ja… — westchnęła. — Za często przymykałam oczy.

Clara poczuła, jak zamiast złości pojawia się w niej chłodna jasność.

Chce sprzedać mieszkanie, — powiedziała. — To, które miało być na powiększenie. Na dziecko.

Laura gwałtownie się odwróciła.

Co?!

Twierdzi, że teraz są „inne czasy”.

Laura opadła na krzesło. Przez moment wyglądała starzej.

Nie, Claro, — powiedziała stanowczo. — To nie są inne czasy. To stare nawyki. I jeśli on tak postanowił — to jego wybór. Ale nie mój.

Spojrzała jej prosto w oczy.

Nie przyjmę żadnego samochodu. Ani od ciebie, ani od niego. I jeśli zasłania się mną — czas to powiedzieć głośno.

W tej chwili Clara zrozumiała, po co tu przyjechała. Nie po awanturę. Po potwierdzenie, że nie zwariowała.

Telefon zawibrował. Viktor.

Spojrzała na ekran, potem na Laurę.

Odbierz, — powiedziała ta. — Chcę to usłyszeć.

Clara włączyła głośnik.

No i? — głos Viktora był zirytowany. — Gdzie jesteś? Już powiedziałem mamie, co ty wyprawiasz.

*

Świetnie, — odpowiedziała spokojnie Clara. — To teraz posłuchaj sam.

Mamo? — zawahał się. — Jesteś tam?

Jestem, Viktor, — powiedziała Laura spokojnie. — I chcę, żebyś przestał mówić w moim imieniu.

Mamo, przecież sama…

Nie, — przerwała mu. — Nie prosiłam o samochód. Nie stawiałam warunków. I na pewno nie wyrzucam twojej żony od wigilijnego stołu.

W słuchawce zapadła cisza.

Co ty teraz robisz? — wydusił w końcu.

Mówię prawdę, — odpowiedziała Laura. — I jeszcze jedno. Jeśli zamierzasz sprzedawać mieszkanie dla cudzych oczu — rób to bez mojego nazwiska. Ja w tym nie uczestniczę.

Clara cię nastawiła, — wybuchnął Viktor.

Nie, — odezwała się po raz pierwszy Clara. — Ja po prostu przestałam milczeć.

Rozłączyła się.

*

Laura powoli wypuściła powietrze.

Przepraszam, — powiedziała. — Za to, że wyrósł na takiego człowieka.

Clara wstała.

Nie musi się pani przepraszać za dorosłego mężczyznę.

Założyła płaszcz. Walizka została przy drzwiach — teraz naprawdę była zbędna.

Co zamierzasz zrobić? — zapytała Laura.

Clara zastanowiła się tylko chwilę.

Nie kupię samochodu, — powiedziała. — I nie będę już kupować sobie miejsca w cudzej rodzinie.

Wyszła na zewnątrz. Powietrze było mroźne i czyste. Śnieg przestał padać, a nad miasteczkiem zapalały się pierwsze bożonarodzeniowe światła.

Po raz pierwszy od dawna Clara szła bez poczucia, że ktoś wciska ją w wąski korytarz cudzych oczekiwań.
Szła prosto.