— Klara… — Julian zatrzymał się w drzwiach łazienki, kiedy zmywałam makijaż. Mówił cicho, nienaturalnie cicho, jakby bał się, że ktoś nas usłyszy. — Czy mogłabyś… nie teraz. Nie przy niej.
Powoli uniosłam wzrok na swoje odbicie w lustrze. Spokojna twarz. Skupiona. Prawie chłodna. Czekałam, aż dokończy.
— „Nie teraz” to znaczy kiedy? — zapytałam.
Odwrócił wzrok, potarł nasadę nosa — gest, który zawsze zdradzał, że sytuacja wymyka mu się spod kontroli.
— Wiesz dlaczego. Helena… jeśli dowie się, że to właśnie ty pracujesz przy tym projekcie, odbierze to jak cios. Jak zdradę. Nie tylko z twojej strony — także z mojej.
Wtedy wszystko ułożyło się w całość.
— Czyli nie boisz się mojego stanowiska — powiedziałam spokojnie. — Bois z się konsekwencji.
Milczał. To była odpowiedź.
— Po prostu… bądź nikim — powiedział w końcu. — Przez te dwa tygodnie. Powiedzmy, że jesteś asystentką menedżera. Proszę. Potem… potem zrobisz, co chcesz.
Pięć lat małżeństwa. Pięć lat, w których byłam dla niego wsparciem, a nie problemem. A teraz prosił mnie, żebym się umniejszyła. Nie dlatego, że się wstydził. Dlatego, że się bał.
— Dobrze — odpowiedziałam po chwili. — Będę nikim.
Wypuścił powietrze z wyraźną ulgą, jakby właśnie uniknął katastrofy.
A ja już wiedziałam: skoro chce, żebym zagrała rolę, sprawdzę, jak traktuje się mnie, dopóki nie wiedzą, kim jestem naprawdę.
*
Helena wynajęła penthouse w centrum miasta na dwa tygodnie — „żeby nie być zależną od hoteli”. Widziałam ją wcześniej, przelotnie: na naszym ślubie, wśród gości, toastów i hałasu. Wtedy nawet nie zapamiętała mojej twarzy. Żona młodszego brata nie była osobą — była tłem.
Gdy weszliśmy, stała przy panoramicznym oknie z kieliszkiem prosecco w dłoni i nie odwróciła się od razu. Dała nam czas, byśmy zdjęli buty, rozejrzeli się i poczuli różnicę między „tymczasowymi” a „ludźmi z pozycji”.
Byłam przygotowana. Stara bluza z zmechaceniami, dżinsy jeszcze z czasów studiów, duża materiałowa torba, jakby prosto z bazaru. Włosy spięte zwykłą gumką. Bez makijażu. Bez biżuterii. Bez sygnałów statusu.
Kiedy Helena w końcu się odwróciła, jej spojrzenie przesunęło się po mnie z góry na dół — powoli, fachowo. Nie przywitała się od razu. Najpierw mnie oceniła.
— Klara — powiedziała i podała mi rękę bez uśmiechu. — Miło wreszcie poznać cię bliżej.
Jej dłoń była chłodna, pierścionek ciężki, boleśnie wbijający się w palec — jak przypomnienie, kto tu ma znaczenie.
— Och, Heleno, jak tu u was pięknie! — powiedziałam z przesadzonym zachwytem. — My z dziewczynami z pracy marzymy, żeby kiedyś tak mieszkać!
Julian zakrztusił się powietrzem. Helena uśmiechnęła się po raz pierwszy tego wieczoru — chłodno, z satysfakcją.
— Siadajcie. Kolację zamówiłam z restauracji, nie lubię gotować na urlopie.
Usiadłam, stawiając torbę obok siebie. Natychmiast przewróciła się na bok — nie na miejscu, niepasująca do idealnego wnętrza. Helena to zauważyła. Oczywiście.
*
— Julian mówił, że pracujesz w zaopatrzeniu? — zapytała, dolewając sobie prosecco. Nam nawet nie zaproponowała.
— Tak, asystentka menedżera — podniosłam lekko głos, robiąc go prostszym. — Dokumenty, dostawy, uzgodnienia. Dużo pracy, ale płacą w miarę.
— „W miarę” — to znaczy ile?
Podałam przeciętną kwotę. Helena skinęła głową, jakby coś odhaczyć w myślach.
— Najważniejsze, żeby wystarczało na życie — powiedziała i spojrzała na Juliana. — A u ciebie jak? W budownictwie teraz ciężko, słyszałam.
Julian zaczął opowiadać — ostrożnie, dobierając słowa. Helena słuchała jednym uchem: patrzyła w okno, poprawiała poduszkę, oglądała paznokcie.
— My z Thomasem niedawno otworzyliśmy kolejną piekarnię w centrum Monachium — przerwała mu. — Czynsz kosmiczny, ale szybko się zwraca. Ludzie są gotowi płacić za jakość.
— Jakość jest ważna — odpowiedziałam spokojnie. — Zwłaszcza kiedy wiesz, za co płacisz.
Rzuciła mi krótkie, czujne spojrzenie. Po chwili uznała, że się myliła.
Podczas kolacji mówiła dużo: o dostawcach, certyfikatach, „niemieckich standardach”. Ja słuchałam, czasem zadając niewinne pytania — takie, jakie zadaje ktoś spoza systemu.
— A kto prowadzi wam księgowość? — zapytałam mimochodem. — Własny dział czy zewnętrzna firma?
*
— Tylko zewnętrzna — odpowiedziała Helena. — Etatowi księgowi to zbyt duże ryzyko.
— Tak… — zamyśliłam się, obracając widelec w palcach. — Szczególnie przy przepływach transgranicznych. Tam jest tyle niuansów, że łatwo coś przeoczyć.
Zamarła. Na ułamek sekundy. Wystarczyło.
— Znasz się na tym? — zapytała, biorąc łyk prosecco.
— Trzeba — wzruszyłam ramionami. — Czasem liczby mówią więcej niż ludzie.
Julian spojrzał na mnie z niepokojem. Odpowiedziałam mu spokojnym, uspokajającym uśmiechem. Było już za późno.
Po kolacji Helena zaproponowała kawę. Stanęliśmy przy oknie, miasto w dole migotało światłami.
— Zawsze uważałam — powiedziała — że ważne jest znać swoje miejsce. To bardzo upraszcza życie.
— Zwłaszcza jeśli wybiera się je świadomie — odpowiedziałam.
Spojrzała na mnie uważniej.
— A gdzie jest twoje miejsce, Klaro?
Odstawiłam filiżankę.
— Tam, gdzie zapadają decyzje.
Cisza zgęstniała.
— Przecież mówiłaś, że jesteś asystentką — odezwała się powoli Helena.
— Powiedziałam to, co chcieliście usłyszeć — odpowiedziałam spokojnie. — Asystentka to wygodna rola. Nikt się jej nie przygląda.
*
— Julian? — zwróciła się do brata. — Wiedziałeś?
Zbladł.
— To nie jest moment… — zaczął.
— To najlepszy moment — przerwałam.
Wyjęłam telefon i pokazałam ekran.
— To mail od waszego audytora. Jest zaskoczony, że nadal nie odpowiedzieliście. Szczególnie w sprawie drugiej piekarni.
Helena pobladła całkowicie.
— Skąd ty to masz?
— Bo nie jestem asystentką, Heleno. Jestem dyrektorką finansową europejskiego oddziału grupy doradczej, która prowadzi tę kontrolę. I uwierz mi — wolałabym poznać was w innych okolicznościach.
Osunęła się w fotel. Pierścionek na jej palcu przestał wyglądać na symbol siły.
— Czyli… przez cały ten czas…
*
— Obserwowałam — odpowiedziałam. — Jak mówisz. Jak patrzysz. Jak decydujesz, kto zasługuje na szacunek.
— Mogłaś nas zniszczyć — powiedziała głucho.
— Mogłam — przyznałam. — Ale tego nie zrobiłam.
I dodałam:
— Sama wybieram, kiedy i za co się płaci.
Wyszliśmy dziesięć minut później. W windzie Julian próbował coś mówić. Milczałam.
Przy wyjściu zatrzymałam się.
— Nie będę się już umniejszać, żeby było ci mniej strasznie — powiedziałam. — Zdecyduj, czy chcesz być obok prawdziwej mnie.
Nie odpowiedział.
I po raz pierwszy od bardzo dawna przestało to mieć znaczenie.