— Martin, ty mówisz teraz poważnie czy to jakaś wyjątkowo nieudana świąteczna prowokacja? — Klara znieruchomiała z ręcznikiem w dłoniach, patrząc na męża, który starannie smarował masłem kromkę chleba, uparcie unikając jej wzroku.

— Klara, no co ty, jaki żart? Mama zadzwoniła, płakała. U niej w mieszkaniu sąsiedzi zaczęli remont — młot pneumatyczny od rana do nocy, kurz, hałas. Ciśnienie, wiek… Gdzie ona ma pójść? Nie mogłem odmówić własnej matce — Martin w końcu podniósł oczy. Było w nich to znajome, winne błaganie, które Klara widziała za każdym razem, gdy jego matka wtrącała się w ich życie. — Przyjedzie dwudziestego siódmego grudnia. I zostanie do końca miesiąca. Może trochę dłużej, dopóki najgłośniejsze prace się nie skończą.

Klara powoli osunęła się na krzesło. Ręcznik zsunął się na jej kolana. W środku wszystko się urwało.
Te dni. Jej wyczekane, wymarzone dni po Bożym Narodzeniu.

Pracowała jako główna księgowa w dużej firmie budowlanej. Grudzień nie był dla niej czasem świątecznej magii i kolęd, lecz piekłem złożonym z niekończących się rozliczeń, raportów, inwentaryzacji i nerwowych wybuchów przełożonych. Przez ostatnie trzy tygodnie wracała do domu tylko po to, by spać, marząc o jednym: że zaraz po świętach wyłączy telefon, zasłoni zasłony, wyciągnie stos książek odkładanych przez pół roku i będzie cieszyć się ciszą. Absolutną. Dzwoniącą. Ukojoną ciszą.

— Martin — głos Klary był zdradliwie cichy. — Przecież się umawialiśmy. Obiecałeś mi spokojne dni po świętach. Pracowałam jak wół przez cały rok. Chcę po prostu leżeć, oglądać filmy, jeść świąteczne resztki i milczeć. Milczeć, rozumiesz? A Helga to nie cisza. To głośnik na nogach.

— Po co tak o mojej mamie? — skrzywił się Martin, biorąc kęs kanapki. — Ona chce pomóc. Będzie gotować, sprzątać. Tobie będzie lżej. Ty sobie leżysz, czytasz, a ona zajmie się domem. Jesteście dwiema kobietami, dogadacie się.

Klara nerwowo się zaśmiała.
„Dogadacie się”.

*

Przed oczami stanęła jej ostatnia wizyta Helgi. Pół roku temu. Tylko tydzień. W ciągu tych siedmiu dni teściowa zdążyła przestawić meble w salonie („tak jest lepszy przepływ energii”), wyrzucić ulubione dżinsy Klary („wyglądają jak u bezdomnej”) i każdego wieczoru urządzać obowiązkowe wykłady przy kolacji — o polityce, zdrowiu i o tym, „jak młode pokolenie żyje kompletnie źle”, domagając się pełnej uwagi i bezwarunkowej zgody.

Helga była kobietą postawną, głośną i obdarzoną energią walca drogowego. Nie znosiła zamkniętych drzwi ani ciszy. Jeśli Klara szła do sypialni, Helga natychmiast podążała za nią z czujnym:
— Obraziłaś się?

Jeśli Klara brała książkę, Helga siadała obok i zaczynała streszczać ostatni program o stawach, ciśnieniu albo „produktach, które powoli was zabijają”.

— Ona nie będzie tylko „pomagać”, Martin — Klara mówiła już twardo, z wysiłkiem powstrzymując drżenie. — Ona będzie nas wychowywać. Mnie. Ciebie. Kota. Będzie wstawać o szóstej rano i tłuc garnkami, bo „święta to nie powód do lenistwa”. Będzie komentować każdy mój ruch.
„Klaro, znowu pijesz kawę? To szkodzi naczyniom”.
„Klaro, czemu nie nosisz kapci? Przeziębisz się”.

Ja tego teraz nie wytrzymam. Nie mam na to zasobów. Po prostu zwariuję.

— I co proponujesz? — Martin zaczął się irytować, jego głos stwardniał. — Mam powiedzieć matce: „Przepraszam, siedź tam pod młotem pneumatycznym, bo Klara chce odpocząć po świętach”? To egoizm, Klara. Czysty egoizm. Mamy trzypokojowe mieszkanie, miejsca wystarczy. Możesz w ogóle nie wychodzić z pokoju, jeśli chcesz. Ale mama przyjedzie. Bilet już kupiony, potwierdziłem.

*

Klara milczała długo. Zbyt długo jak na zwykłą kłótnię. Martin już chciał coś dodać — złagodzić ton, zażartować, jak zawsze robił, gdy czuł, że posunął się za daleko — ale ona nagle wstała.

Spokojnie. Bez gwałtownych ruchów.
To było gorsze niż krzyk.

— Czyli bilet kupiony — powiedziała wolno. — Potwierdziłeś. Nawet ze mną tego nie omawiając.

— Klara, przestań — westchnął zirytowany. — Wiedziałem, że tak zareagujesz… Dlatego zdecydowałem sam. To tylko na chwilę. Kilka dni, może trochę dłużej.

— Dla ciebie to „chwila” — spojrzała mu prosto w oczy. — A dla mnie kolejny test wytrzymałości. Kolejny dowód, że mój komfort w tym domu zawsze jest mniej ważny niż wygoda twojej matki.

— Przesadzasz — odwrócił wzrok. — Po prostu jej nie lubisz.

— Nie muszę jej lubić — w Klarze pojawiła się lodowata jasność. — Ale liczyłam, że mój mąż będzie się ze mną liczył.

Zamilkł.
I tym milczeniem powiedział więcej niż wszystkimi słowami od rana.

Klara odwróciła się i poszła do sypialni. Zamknęła drzwi. Nie trzasnęła — po prostu je zamknęła. Usiadła na brzegu łóżka i wpatrywała się w ścianę. W głowie miała pustkę, jakby ktoś nagle wyłączył szum, który dudnił tam od lat.

Zrozumiała jedno: jeśli Helga przyjedzie, ona zniknie. Rozpuści się. Znów stanie się „cierpliwa”, „wyrozumiała”, „dojrzała”. A na to nie miała już siły.

Wstała, otworzyła szafę i wyciągnęła walizkę.

*

Szum zamka błyskawicznego był ogłuszający.

Ręce poruszały się automatycznie: bielizna, dżinsy, sweter, książki — te same, odkładane „na czas po świętach”. Ale nie tutaj.

— Co ty robisz? — głos Martina w drzwiach zabrzmiał za późno.

Klara nawet się nie odwróciła.
— Wyprowadzam się.

— W sensie? — parsknął, nie wierząc. — Dokąd? Robisz scenę?

Powoli się odwróciła.
— Nie, Martin. Ja nie robię sceny. Ja z niej wychodzę.

Zgubił rezon.
— Klara, zachowujesz się jak dziecko. Jesteśmy rodziną. Mama przyjedzie i tyle. Przetrwamy.

— Właśnie — powiedziała cicho. — Zawsze „przetrwamy”. Tylko jakoś zawsze ja muszę przetrwać.

Podszedł bliżej, ściszył głos:
— Nie możesz tak po prostu odejść. Przez moją matkę.

— Nie odchodzę przez nią — Klara zamknęła walizkę. — Odchodzę przez ciebie. Przez to, że wszystko postanowiłeś za mnie i nawet nie widzisz w tym problemu.

W przedpokoju założyła płaszcz. Ręce lekko jej drżały, ale w środku panował dziwny spokój.

— Dokąd pójdziesz? — zapytał ciszej.

— Do hotelu. Potem wynajmę mieszkanie na kilka tygodni. Dam sobie radę.

*

— A co z nami? — w jego głosie po raz pierwszy pojawił się strach.

Klara zatrzymała się przy drzwiach na sekundę. Potem się odwróciła.
— „My” to jest wtedy, gdy decyzje podejmuje się razem. Gdy się słucha. Gdy wybiera się nie tylko rodziców, ale i żonę. U nas tego od dawna nie ma.

Otworzyła drzwi.
— Kiedy Helga wyjedzie i jeśli nagle zrozumiesz, że nie jestem chwilową niedogodnością w jej życiu, tylko twoją rodziną — zadzwoń. Jeśli nie… to tak będzie uczciwiej.

Drzwi zamknęły się cicho.

Klara zeszła po schodach, wyszła na ulicę i wciągnęła w płuca zimowe, grudniowe powietrze. Było ostre, przenikliwe — ale prawdziwe. Po raz pierwszy od dawna czuła nie zmęczenie, lecz ulgę.

Telefon milczał.

I w tej ciszy zrozumiała jedno: właśnie o nią walczyła