Ostatnie promienie jesiennego słońca nieśmiało wpadały przez wysokie okno, migocząc na idealnie wypolerowanej powierzchni stołu jadalnego. W powietrzu wisiała ciężka, gęsta cisza — ta sama, która zawsze poprzedza burzę. Klara w milczeniu rozstawiała talerze, sprawdzając w myślach listę: jej nakrycie, nakrycie córki, nakrycie męża. Wszystko musiało być perfekcyjne. Zawsze.
Z salonu dobiegały stłumione odgłosy telewizora — leciały mecze piłkarskie, jak to lubił nazywać Leon. Klara na chwilę zamarła, wsłuchując się w ten monotonny szum. Kiedyś oglądali mecze razem, krzyczeli w uniesieniu, obejmowali się przy strzelonym golu. Teraz to był tylko dźwięk oddzielający jego świat od jej.
Drzwi w przedpokoju skrzypnęły i do kuchni weszła Marina. Piętnaście lat, drobna sylwetka, cień smutku w oczach. Rzuciła matce szybkie spojrzenie, jakby sprawdzała, czy atmosfera jest dziś bezpieczna.
— Tata zaraz wróci? — zapytała cicho.
— Mówił, że będzie na siódmą — odpowiedziała spokojnie Klara. — Pomożesz mi z sałatką?
Marina skinęła głową. Znów zapadła cisza, przerywana jedynie stukiem noża o deskę. Klara łapała się na tym, że drżała przy każdym hałasie z klatki schodowej — krokach, trzasku drzwi.
Punkt siódma — klucz przekręcił się w zamku. Serce Klary na sekundę stanęło, po czym przyspieszyło. Leon wszedł do mieszkania. On nigdy po prostu nie wchodził — on wypełniał przestrzeń. Jego obecność zawsze była jak nagła zmiana ciśnienia.
— Jestem — rzucił, nawet na nie nie patrząc.
Klara zobaczyła go odbitego w szklanym frontcie szafki: drogi garnitur, perfekcyjna fryzura, twarz zmęczonego, lekko poirytowanego człowieka, który rzekomo dźwiga cały świat. Zdjął marynarkę i niedbale przewiesił ją przez oparcie krzesła.
*
Kolacja zaczęła się jak zwykle. Leon przeglądał telefon, odpisując na wiadomości. Marina bez słowa mieszała widelcem w talerzu. Klara czuła, jak każdy mięsień jej ciała napina się coraz mocniej.
— Jak w pracy? — zapytała ostrożnie.
— Co? — podniósł wzrok, jakby oderwała go od misji o globalnym znaczeniu. — A, zwykła robota. Zamykamy kwartał. Wyniki są niezłe.
Powiedział to tonem człowieka, który właśnie uratował firmę przed upadkiem. Klara skinęła tylko głową.
— A u nas w szkole jutro… — zaczęła Marina.
— Potem, kochanie — przerwał jej Leon. — Tata jest zmęczony.
Klara zobaczyła, jak w oczach córki gaśnie światło. W piersi zakłuło znajomym bólem.
— Myślałam, że w listopadzie weźmiesz urlop… — spróbowała wrócić do tematu rodziny. — Przecież planowaliśmy wyjazd.
— Klara, mówiłem — nie teraz. Listopad to gorący okres. Nie ma mowy o odpoczynku.
Nóż zadźwięczał o talerz tak ostro, że Klara drgnęła. Apetyt znikł.
— Dobrze — wyszeptała. — Po prostu miałyśmy z Mariną nadzieję…
— Wy w ogóle rozumiecie, jakie są czasy? — przerwał jej chłodno. — Kryzys, konkurencja depcze po piętach. A wy… z tymi waszymi wycieczkami.
Powiedział „wy”, jakby on był kimś innym niż one. Jakby należał do innej klasy ludzi.
W pamięci Klary pojawił się obraz sprzed dziesięciu lat — małe wynajmowane mieszkanie, tania pizza, śmiech i jego słowa: „Osiągniemy wszystko, Klar. Razem”.
Teraz już osiągnęli. Tylko że dla „razem” nie zostało miejsca.
*
Leon wstał.
— Muszę się spakować. Jutro wcześnie wyjeżdżam. Delegacja.
Klara podniosła wzrok.
— Delegacja? Nie mówiłeś nic.
— Wyskoczyło nagle — rzucił, idąc do sypialni. — Wrócę pojutrze.
Zniknął za drzwiami. Marina po cichu odniosła talerz i poszła do swojego pokoju. Klara została sama pośród idealnej kuchni, która nagle wydała się pięknie zaaranżowaną celą.
Wzrok padł na marynarkę. Coś w niej drgnęło. Podeszła, dotknęła materiału. W kieszeni coś było.
Wyjęła.
Szminka.
Złoty, elegancki futerał. Otworzyła. Kolor agresywnej czerwieni, kompletnie nie jej styl.
Klara zacisnęła futerał w dłoni. Nie poczuła ani bólu, ani złości. Tylko pustą, chłodną pewność.
Przy zlewie puściła gorącą wodę. Para zasnuła jej wzrok.
— Dobrze — szepnęła. — Zagrajmy w twoją grę.
Wzięła telefon, odnalazła numer sekretarki Leona, Annelise.
— Annelise? Dobry wieczór, tu Klara, żona Leona. Przepraszam, że przeszkadzam… on zapomniał paszportu, a jutro ma delegację. Jaki to lot? Wyślę kuriera na lotnisko.
Zapadła krótka, ciężka cisza.
— Klara… ja nic nie wiem o żadnej delegacji. W jego grafiku jutro nie ma żadnych wyjazdów.
Klara zamknęła oczy.
— Rozumiem. Dziękuję.
Odłożyła telefon. W ciszy brzmiało to jak uderzenie młota.
Co to więc było?
*
Klara długo stała przy stole. Cisza była inna — nie pusta, lecz czujna, jakby ściany same czekały na jej ruch. Wiedziała: jeśli teraz podda się panice, noc ją pożre. Jeśli zrobi coś — przetrwa.
Otworzyła okno. Zimne powietrze uderzyło w skórę, przywracając trzeźwość. Nie jesteś ofiarą. Jesteś gospodynią własnego życia.
Wzięła telefon, otworzyła aplikację bankową. Kilka stuknięć — i zobaczyła przelewy na nieznane konta. Powtarzające się, regularne, ukryte. Kiedyś by nie sprawdzała. Wierzyła.
Teraz już nie.
Zrobiła screeny, wysłała na ukryty mail. Wyłączyła telefon.
Weszła do pokoju Mariny.
Dziewczyna siedziała na podłodze, przytulając poduszkę.
— Mamo… on znowu wyjeżdża? — zapytała cicho.
Klara usiadła obok, objęła ją.
— Nie. Tym razem — nie.
Marina uniosła wzrok.
— Jesteś zła?
— Ja… — Klara zawahała się. — Po prostu zaczęłam widzieć prawdę taką, jaka jest.
Córka wtuliła się w nią. I po raz pierwszy od dawna Klara poczuła siłę. Nie tę udawaną, nie tę z perfekcyjnie nakrytego stołu — lecz prawdziwą.
Leon wrócił po pół godzinie. Ta sama kurtka. Lecz jego twarz — inna. Zdenerwowana.
Zatrzymał się w progu kuchni, widząc Klarę spokojnie pijącą herbatę.
— Co z tobą? — spytał ostrożnie. — Jadę. Spakowałem się.
— W delegację? — spytała łagodnie.
Mrugnął.
*
— No… tak.
— Dziwne. Annelise powiedziała, że żadnej delegacji nie ma.
Zastygł. Trwało to sekundę, a wyglądało jak załamanie konstrukcji.
— Dzwoniłaś do niej?
— Oczywiście. Chciałam pomóc.
Rzucił krzesłem, jak zwykle, próbując przestraszyć. Ale ona nie drgnęła.
Przez chwilę wyglądał, jakby to go przeraziło bardziej niż jej spokój.
— Śledzisz mnie?
— Nie. — spojrzała mu w oczy. — Po prostu przestałam zamykać oczy na prawdę.
Ręką odruchowo dotknął kieszeni, gdzie wcześniej była szminka. Klara to zauważyła. I on zauważył, że ona zauważyła.
— Klara, posłuchaj… — zaczął miękko. — W życiu są różne sytuacje…
— Owszem. Ale nie takie, w których mężczyzna okłamuje własną rodzinę, żeby spędzić noc z inną kobietą.
— To nie tak, jak myślisz!
— To wytłumacz.
Otworzył usta — i zamknął. Nie potrafił.
Klara wstała.
— Twoje rzeczy przełożę do pokoju gościnnego. Jutro spotkamy się z adwokatem. A co do twojego „od dziś jesteś bezdomna”… — zatrzymała się w drzwiach. — Dziękuję za pomysł. Sam mi uświadomiłeś, że czas najwyższy.
*
Patrzył na nią jak człowiek, który nagle stanął nad przepaścią.
— Klara… poczekaj! Jesteśmy rodziną!
Odwróciła się. Jej spojrzenie było spokojne, jasne, nieoczekiwanie żywe.
— Rodziną jesteśmy ja i Marina. A ty… wybrałeś inaczej, zanim ja się o tym dowiedziałam.
Odeszła.
Wieczór był zaskakująco ciepły. Klara wyszła na balkon i wciągnęła powietrze głęboko.
Po raz pierwszy od lat było jej lekko.
Wiedziała, że jutro czeka ją walka — dokumenty, rozmowy, konfrontacje.
Ale wiedziała też coś ważniejszego.
Przestała żyć w świecie zbudowanym przez Leona.
Teraz stworzy własny.
Dla siebie i dla córki.
I to był najlepszy finał, jaki mogła wybrać sama.