To były dopiero Święta. Oliwia wspominała je później jak bardzo złą, bardzo gorzką bajkę, w której nie była Kopciuszkiem, tylko jakimś bezużytecznym, zakurzonym przedmiotem, którego zapomniano wynieść z domu.
Świętowali, jak zwykle, u Heleny Pietrownej. Stół uginał się pod ciężarem sałatek i potraw — to akurat teściowa potrafiła. Oliwia też potrafiła: przygotować, przynieść, pozmywać, udawać, że uwielbia te rodzinne spotkania, chociaż miała je już serdecznie dość — aż po samą krtań.
Leon, jej mąż, siedział już zadowolony. No bo co? Jemu ciepło, jasno, mama obok, żona ładna, córka przy nim. Idylia, prawda? A to, że jego matka przewierca Oliwię jadowitym spojrzeniem, a ona sama czuje się przy stole jak na egzaminie — tego Leon jakoś nie zauważa. Jego oczy, mam wrażenie, ustawione są w trybie „tylko pozytywy”.
I wtedy nastał moment kulminacyjny. Toast bożonarodzeniowy wygłoszony, szampan wypity, a Helena Pietrowna — rozpromieniona jak wypolerowany mosiężny gar — rozpoczęła ceremonię wręczania prezentów.
*
— No dobrze, moje dzieci! — jej głos brzmiał jak dzwon. — Szczęścia, zdrowia! I oczywiście, bez prezentów się nie obejdzie!
Zaczęła od Leona. Dostał drogi zegarek.
— Jesteś przecież głową rodziny, Leonek! Musisz wyglądać solidnie!
Leon promieniał i pocałował mamę.
Potem przyszła kolej na starszego syna i jego żonę. Izabela, wzorcowa synowa, otrzymała złote kolczyki.
— Izabelo, ty jesteś dla mnie nie tylko synową, ale córką! Prawdziwą, rodzinną!
Helena Pietrowna objęła ją z taką czułością, że Oliwię aż wykręciło.
Mała Maria dostała ogromne pudło klocków LEGO i była w siódmym niebie.
Oliwia czekała. Stała gotowa, uśmiechnięta. Kupiła Leonowi elegancki zestaw do golenia — o taki prosił. Teściowej — drogą, haftowaną obrus, o której ta od dawna wspominała.
Helena Pietrowna, rozdaławszy wszystkie torebki, nagle zamarła. Wszystkie spojrzenia skierowały się na nią. Obróciła się powoli do Oliwii. Jej wzrok był jak lód. Zero świątecznej radości.
— Oliwio? Stoisz tu jak jakiś wartownik… Czego? Na coś czekasz? — zapytała z kpiną w głosie.
*
Oliwia tylko wyprostowała plecy, jakby to lodowate spojrzenie utkwiło w niej jak szpikulec. Ale uśmiechnęła się — delikatnie, prawie niewidocznie.
— Nie, pani Heleno. Po prostu stoję, żeby nie przeszkadzać, — odpowiedziała cicho.
— To stój. Prezentów dla ciebie nie będzie. Nie jesteś moją rodziną, — oznajmiła teściowa głośno, tak by wszyscy słyszeli.
Przy stole zapadła cisza, ciężka i napięta jak struna. Nawet Maria, jeszcze chwilę temu zajęta swoimi klockami, znieruchomiała. Leon zamrugał, jakby próbował zrozumieć — co właściwie się dzieje?
— Mamo… po co tak? — wydusił w końcu, ale tak niepewnie, że Oliwię aż ścisnęło w środku.
Helena Pietrowna machnęła ręką:
— Nie wtrącaj się, Leon! Mówię, jak uważam. Tu jest moja rodzina. A ona…
Zmierzyła Oliwię spojrzeniem, jakby patrzyła na brudną plamę na podłodze.
— Ona jest tylko żoną. Gościom prezentów nie muszę dawać.
To zabolało jak cięcie noża.
Wszystko w Oliwii chciało się zwinąć, schować, przytaknąć — jak zwykle. Ale coś w niej pękło.
Podsunęła ku teściowej pięknie zapakowaną paczkę.
— To dla pani. Obrus, o którym mówiła pani latem. Pomyślałam, że będzie idealny na Święta.
*
Teściowa nawet nie dotknęła.
— O nie, zabierz to. Nie przyjmuję prezentów… od każdego.
To „od każdego” było policzkiem.
Leon ostro wciągnął powietrze.
— Mamo, przestań! Oliwia się postarała! Jesteśmy przecież rodziną!
— Rodziną?! Rodziną jest krew, Leon! KREW! — wybuchła Helena.
Oliwia podniosła na niego wzrok, głos miała zadziwiająco spokojny:
— Ciekawe, Leon… kiedy braliśmy ślub, to jakoś wystarczyło, żeby gotować, sprzątać, zajmować się Marią. Wtedy byłam „rodziną”. A dziś już nie?
Zapadła głucha cisza.
Oliwia westchnęła, sięgnęła po płaszcz.
— Skoro jestem nikim, zacznę się tak zachowywać.
Leon poderwał się:
— Oliwia, proszę, poczekaj…
Spojrzała na niego łagodnie, ale z ogromnym zmęczeniem w oczach.
— Nie, Leon. Dziś zobaczyłeś, jak twoja mama ze mną rozmawia. Ja miałam dość już dawno.
Założyła płaszcz, chwyciła Marię za rękę.
— Jedziemy do domu. Chcę spędzić Święta bez poniżania.
— Nigdzie nie pojedziesz! — wrzasnęła teściowa. — Masz siedzieć przy stole! Tak powiedziałam!
*
Oliwia odwróciła się, patrząc jej prosto w oczy po raz pierwszy.
— Przed chwilą jasno pani określiła, kim dla pani jestem. W takim razie nic pani nie jestem winna. Ani siedzenia, ani milczenia, ani znoszenia obelg.
Leon zrobił krok do przodu.
— Idę z wami!
Ale Oliwia pokręciła głową.
— Nie. Najpierw zdecyduj, co jest dla ciebie ważne: twoja wygodna iluzja czy prawdziwa żona i córka. Zaczekamy w domu. Jeśli zechcesz — przyjdziesz.
I wyszła. Nie zatrzaskując drzwi — zamknęła je cicho, spokojnie.
Na zewnątrz panowało ostre, mroźne powietrze Świątecznej Nocy. Maria wtuliła się w nią mocno.
— Mamo, dlaczego babcia jest taka zła?
Oliwia wciągnęła w płuca zimne powietrze, pachnące wolnością.
— Bo czasem ludzie boją się tych, którzy przestają milczeć, — odpowiedziała cicho. — Ale to jest ich strach, nie nasz.
Szły oświetloną ulicą, zostawiając za sobą krzyki, brzęk naczyń i cudze oczekiwania.
Tamtej nocy Oliwia pierwszy raz poczuła, że Święta naprawdę mogą być nowym początkiem.
Jej własnym. Prawdziwym. Wolnym.