„Dla was nie ma tu miejsca!” — powiedziała teściowa, gdy przyjechałam z dziećmi na Boże Narodzenie… do WŁASNEGO domu

 

 

 

*

 

 

— Dla was nie ma tu miejsca.

Emma zastygła w progu własnego domu, ściskając w dłoniach dwie ciężkie torby. Drzwi otworzyła Margaret Wilson w różowym, frotte szlafroku — tym samym, który Emma kupiła sobie zeszłej wiosny, długo wybierając kolor i materiał. Teściowa patrzyła na synową tak, jakby ta przyszła bez zaproszenia i bez prawa głosu, jakby przyszła żebrać.

— Przepraszam, co? — Emma nie od razu zrozumiała, co właśnie usłyszała.

— Powiedziałam: dla was nie ma tu miejsca — powtórzyła Margaret bez mrugnięcia okiem. — Wszystko już zorganizowaliśmy, zaprosiliśmy gości. Thomas się zgodził. Jedź do swojej matki.

Z głębi domu dobiegał śmiech, brzęk kieliszków, muzyka. Z salonu wychyliła się Catherine, siostra męża, z kieliszkiem prosecco w ręku. Miała na sobie beżową sukienkę Emmy — tę samą, którą Emma założyła tylko kilka razy.

— Och, Margaret, po co w ogóle z nią rozmawiać — przeciągnęła leniwie Catherine. — Niech jedzie. My tu mamy swoje towarzystwo.

*

Ośmioletnia Louise delikatnie pociągnęła matkę za rękaw:

— Mamo, dlaczego babcia nas nie wpuszcza?

Pięcioletni Oliver milczał, przytulając się do nogi Emmy i ściskając w dłoni brzeg jej płaszcza.

Emma powoli odstawiła torby na podłogę. W środku narastała gorąca, paląca fala — złość, upokorzenie, ból. Mogła w tej chwili krzyczeć, wybuchnąć, powiedzieć wszystko. Ale spojrzała na dzieci i wzięła głęboki oddech.

— Poczekajcie w samochodzie. Zaraz wrócę — powiedziała cicho.

— I bardzo dobrze! — krzyknęła za nią Margaret. — Wynoście się stąd!

Emma zaprowadziła dzieci do auta, posadziła je na tylnym siedzeniu, włączyła bajkę i zamknęła drzwi. Louise patrzyła na dom przez szybę zdezorientowana, ale Emma pokazała jej gestem: wszystko w porządku, mama panuje nad sytuacją.

Potem wyjęła telefon. Palce jej drżały, ale głos, gdy dzwoniła do Richarda, szefa ochrony osiedla, był zaskakująco spokojny.

— Richard, dobry wieczór. W moim domu przebywają osoby nieuprawnione. Włamali się i nielegalnie zajęli mój dom. Zachowują się agresywnie, nie wpuszczają mnie do środka. Dzieci są przerażone. Potrzebuję pomocy.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Emma, jest pani pewna, że to nielegalne?

— Jestem właścicielką domu. Nikomu nie udzielałam zgody na wejście. Proszę o odnotowanie naruszenia.

— Rozumiem. Jedziemy.

Emma zakończyła rozmowę i spojrzała na oświetlone okna domu, z których śmiech stawał się coraz głośniejszy…
I właśnie wtedy drzwi wejściowe ponownie się otworzyły.

*

— Co ty wyprawiasz?! — Catherine wybiegła na ganek, już bez uśmiechu, z wykrzywioną twarzą. — Wezwałaś ochronę?! Czy ty w ogóle myślisz?!

Emma wyszła spokojnie z cienia, krzyżując ręce na piersi.

— Chronię swój dom — odpowiedziała cicho. — I swoje dzieci.

— Jesteś po prostu histeryczką! — wtrąciła Margaret, pojawiając się obok. Szlafrok był niedbale zawiązany, włosy w nieładzie. — To rodzinne spotkanie! Thomas się zgodził!

— Thomas nie jest właścicielem — odpowiedziała Emma tym samym spokojnym tonem. — A jego „zgoda” nic nie znaczy.

W tej chwili na podjeździe zatrzymał się samochód ochrony. Potem drugi. Wysiadło z nich dwóch ochroniarzy i Richard.

— Dobry wieczór — powiedział oficjalnie, oceniając sytuację. — Kto jest właścicielem domu?

— Ja — Emma podała dokumenty. — Proszę.

Richard szybko je sprawdził, skinął głową i zwrócił się do Margaret i Catherine.

— Proszę opuścić posesję. Przebywanie w domu bez zgody właściciela jest naruszeniem prawa.

— To jakieś nieporozumienie! — oburzyła się Margaret. — To dom mojego syna!

*

— Nie — głos Emmy po raz pierwszy zadrżał, ale nie cofnęła się. — To mój dom. Kupiony przed ślubem. Zapisany na mnie. I doskonale o tym wiecie.

Z wnętrza domu dobiegły kroki. W progu stanął Thomas. Blady, z nerwowym spojrzeniem.

— Co tu się dzieje?..

— To, na co pozwoliłeś bez mojej wiedzy — powiedziała Emma, patrząc mu prosto w oczy. — Dałeś klucze. Wiedziałeś, że przyjedziemy na Boże Narodzenie. I pozwoliłeś wyrzucić swoje dzieci za drzwi.

— Ja… — Thomas zająknął się. — Mama powiedziała, że i tak pojedziecie do twojej mamy…

— Nawet nie zadzwoniłeś — przerwała mu Emma. — Ani do mnie. Ani do dzieci.

Zapadła cisza. Nawet goście w środku ucichli, czując, że święta właśnie się skończyły.

— Macie dziesięć minut — powiedział spokojnie Richard. — Potem będziemy zmuszeni działać oficjalnie.

Margaret poczerwieniała ze złości.

— Jeszcze tego pożałujesz — syknęła, sięgając po płaszcz. — Tak się nie postępuje z rodziną!

— Rodziny nie wyrzuca się na ulicę z dziećmi w wigilię Bożego Narodzenia — odpowiedziała Emma.

*

Dwadzieścia minut później dom opustoszał. Muzyka ucichła. Śmiech zniknął. Zostały tylko ślady czyjejś obecności i zimne powietrze.

Emma zabrała dzieci z samochodu. Louise objęła ją w milczeniu, Oliver wtulił twarz w jej kurtkę.

— Już dobrze? — zapytała cicho córka.

Emma pogłaskała ją po włosach i uśmiechnęła się — pierwszy raz tego wieczoru naprawdę.

— Teraz już tak.

Thomas stał z boku, nie odważając się podejść.

— Przenocuję u kolegi — powiedział w końcu. — Musimy… porozmawiać. Później.

— Później — zgodziła się Emma. — Po świętach. I na trzeźwo.

Zamknęła drzwi, przekręciła klucz i oparła się o nie plecami. Dom znów był cichy. Swój.

Za oknem padał śnieg. W kuchni tykał zegar.
A Emma nagle zrozumiała: czasem Boże Narodzenie zaczyna się nie od prezentów i świec, ale od chwili, gdy po raz pierwszy wybierasz siebie.