„— Nigdzie nie pojedziesz! Boże Narodzenie spędzamy w domu!”

 

 

 

*

 


Jedno kliknięcie. Jeden telefon. I decyzja, która odwróciła ich małżeństwo do góry nogami.

 

— Nigdzie nie pojedziesz! Boże Narodzenie jest w domu! I koniec — oznajmił mąż.

Gdy Anna cisnęła garnek do zlewu, metaliczny brzęk rozległ się tak głośno, że nawet kot pod stołem drgnął ze strachu. Para z jeszcze ciepłej wody uderzyła ją w twarz, a Anna, ciężko westchnąwszy, oparła dłonie o krawędź zlewu. Palce jej drżały. W żołądku nieprzyjemnie skręcało — dokładnie tam, gdzie spoczywały te same produkty kupione niemal odruchowo: majonez, kiełbasa, groszek. Boże Narodzenie było już za kilka dni, a ona znów wpadała w ten sam, powtarzany latami rytuał, jakby w ogóle nie mieli wyboru.

— Cholera… — wyszeptała i gwałtownie odwróciła się w stronę drzwi. — Maaarek!

Z salonu dobiegło niezadowolone westchnienie, potem kroki. Marek pojawił się w kuchni z laptopem pod pachą, w tej samej koszulce, którą Anna od dwóch lat prosiła, żeby wyrzucił.

— Znowu? — spojrzał na nią z niepokojem. — Co się stało?

Anna zadrżała lekko, usiadła przy stole i wskazała mu krzesło naprzeciwko.

— Usiądź. Musimy porozmawiać.

— Masz taką minę, jakbyś chciała złożyć papiery rozwodowe — spróbował zażartować, ale uśmiech wyszedł nerwowo.

Zrobiła pauzę, po czym powiedziała spokojnie, lecz stanowczo:

— Nie chcę spędzać Świąt w domu.

Marek zamrugał, jakby nie dosłyszał.

— Gdzie więc? U rodziców? Na wsi? U znajomych?

*

— Nigdzie z tej listy. Ja… mam dość życia w kółko, Marek. Dość lat spędzonych przy kuchence, tych samych toastów, tych samych programów w telewizji, udawania radości, kiedy w środku chce się tylko jednego… poczuć, że życie się zmienia.

Wypuścił powoli powietrze, patrząc na nią tak, jakby próbował zajrzeć do jej wnętrza.

— I co proponujesz?

— Wyjechać. — Anna pochyliła się do przodu, oczy jej lekko błyszczały. — W góry. Znalazłam wyjazd. Są jeszcze miejsca. Wylot dwudziestego drugiego, wracamy po Świętach. Śnieg, świeże powietrze, normalne jedzenie. Chociaż jedne Święta — bez tego wszystkiego… — machnęła ręką w stronę lodówki.

Marek uśmiechnął się po raz pierwszy od kilku godzin.

— Mówisz serio?

— Jak najbardziej.

Oparł się o oparcie krzesła, potarł kark, jakby musiał wszystko przemyśleć od nowa.

— A ile to kosztuje?

Podała kwotę. Zagwizdał, ale nie z oburzenia — raczej z zaskoczenia, że po raz pierwszy robią coś dla siebie.

— W sumie… mamy te pieniądze — powiedział. — Przecież odkładaliśmy.

Anna z ulgą wypuściła powietrze.

*

— Czyli jedziemy?

Uśmiechnął się powoli.

— Jedziemy.

Zaśmiała się, sięgając do niego przez stół. Chwycił jej dłoń i ścisnął mocno.

To był pierwszy moment od dawna, kiedy Annie wydawało się, że wszystko naprawdę może być inne.

Rezerwacji dokonała następnego dnia. Powiadomienie przyszło na maila, a Anna uśmiechała się jak uczennica. Wyobrażała już sobie śnieg, czapki na głowach, ludzi śmiejących się przy kominku, zapach grzanego wina… Widziała siebie inną — nie tą kobietę, która w niedzielę kroi sałatkę sama, podczas gdy mąż próbuje zdążyć ze wszystkim w pracy.

Ale potem nadeszła niedziela.

Dokładnie dziesiąta rano — pora telefonu od Marii. Anna jak zwykle chciała po cichu przejść do kuchni, ale utknęła w łazience. Gdy wróciła, Marek siedział już na kanapie z telefonem w ręku, a jego twarz była twarda, napięta.

— Mamo… poczekaj… posłuchaj… — próbował wtrącić się w potok słów płynących z telefonu. — Chcieliśmy tylko zmienić otoczenie… Tak, we dwoje… W góry… No tak, na stoki…

Anna stała w drzwiach i czuła, jak w środku narasta lepkie, ciężkie przeczucie.

— Mamo, nikt cię nie zostawia… — głos Marka był cichy i zmęczony.

Kiedy rozmowa się skończyła, odłożył telefon na stół, jakby bał się go uszkodzić, przetarł twarz dłońmi i długo nic nie mówił.

— Ona… — odezwał się w końcu. — Jest rozczarowana.

Anna powoli podeszła i usiadła obok.

— Czym dokładnie?

— Mówi, że Boże Narodzenie to święta rodzinne. I że nie możemy zostawić jej samej.

*

Anna westchnęła.

— Nie jest sama. Ma wokół siebie mnóstwo ludzi.

— W tym roku wszyscy się rozjeżdżają…

— No proszę — nie powstrzymała ironii. — I tylko my musimy być na miejscu, bo inaczej święta się zawalą?

Spojrzał na nią winny.

— Anno, jej jest ciężko. Wiesz o tym.

— Ciężko to jedno. Manipulacja — drugie.

— Nie mów tak — poprawił nerwowo koszulkę. — To moja matka.

— A ja jestem twoją żoną.

Zapadła cisza.

— Chce, żebyśmy spędzili Święta razem. U niej albo u nas — powiedział cicho.

— Czyli znowu wszystko jak zawsze.

Kiwnął głową.

Anna wstała i zaczęła chodzić po pokoju, czując, jak napięcie zbiera się w ramionach.

— Wszystko jest już zarezerwowane — powiedziała. — Nie możemy tak po prostu zrezygnować.

— Mówi, że to drogo. Że niepotrzebnie wydajemy pieniądze.

Anna zatrzymała się gwałtownie.

— Jej pieniądze wydajemy? Czy nasze?

— Anno…

— Nie. Odpowiedz konkretnie. My pracujemy, my odkładamy, my decydujemy. Zgadza się?

— Tak, ale… ona się martwi.

Zaśmiała się krótko, nerwowo.

— Oczywiście, że się martwi. Chce, żebyś czuł się winny. I żebyś — jak zawsze — zrobił „tak jak trzeba”.

*

Marek długo milczał, po czym powiedział głucho:

— Anno, może przełóżmy to. Spędzimy Święta z mamą, a potem, pod koniec tygodnia, pojedziemy gdzieś indziej. Taniej. Skromniej. Też odpoczniemy.

Poczuła, jak wszystko w niej powoli opada, jakby ktoś przeciął cienką nitkę.

— Czyli… to, czego chcemy my, zawsze jest na drugim miejscu?

— Nie to miałem na myśli.

— Ale dokładnie to robisz.

Kolejne dwa dni minęły w ciszy. Prawie nie rozmawiali: on — winny, ona — pusta i zmęczona. Unikali rozmów, bo oboje wiedzieli, dokąd by prowadziły.

Trzeciego wieczoru Anna włączyła laptopa. Otworzyła rezerwację. Liczby aż paliły wzrok. Kliknęła „Zadzwoń”.

— Dzień dobry, chciałabym anulować jedną rezerwację.

Konsultant coś sprawdzał, mówił o warunkach, karach, nazwiskach.

— Tak — powiedziała spokojnie. — Proszę anulować jedną. Na nazwisko Markus Schmidt.

Klik.

Zamknęła laptopa i dopiero wtedy zauważyła Marka stojącego w drzwiach. Był blady.

— Co… ty zrobiłaś?

Powoli się do niego odwróciła.

— Znalazłam kompromis. Taki, na który ty nawet nie spróbowałeś się zdobyć.

— Anno… proszę… powiedz, że to żart…

— Jadę sama — powiedziała spokojnie, niemal chłodno. — Ty spędzisz Święta z mamą. Będziecie gotować to, co zawsze, oglądać telewizję i robić wszystko tak, jak ona lubi. A potem — uwaga — za pieniądze zwrócone za twoją rezerwację plus nasze oszczędności… kupicie jej sanatorium. To wymarzone. Na dwa tygodnie.

Patrzył na nią, jakby stała się kimś obcym.

*

— Nie możesz… jechać sama…

— Mogę. I pojadę.

— Ale… mieliśmy jechać razem…

— Mieliśmy. Ale okoliczności się zmieniły. Ty dokonałeś wyboru. Ja też.

Nie krzyczała. Nie płakała. Po prostu stawiała kropki tam, gdzie on zostawiał wielokropki.

Jego twarz zadrżała.

— Anno… to niesprawiedliwe…

— Niesprawiedliwe jest to, że dorośli ludzie nie mogą żyć własnym życiem. A to, co robię teraz, to próba uratowania czegokolwiek.

— Czego?

Uśmiechnęła się nerwowo.

— Naszej rodziny, Marek. Zanim będzie za późno.

Patrzył długo. W końcu się poddał — opuścił wzrok, ramiona mu opadły.

— Dobrze — powiedział prawie szeptem.

Anna skinęła głową.

— W takim razie tak będzie.

A gasząc światło, rzuciła jeszcze, nie odwracając się:

— Oby w następne Święta było jeszcze co ratować…